Dziesiąty

moje zachwyty październikowe:
1. Tosia – knypulina weszła w etap, przez który zaczynam tęsknić za pracą. wszędobylstwo i wymuszanie z jednej strony,  z drugiej poczucie humoru, chichoszki. spacery już nie są takie bezstresowe, bo księciunia szybko niecierpliwi się w wózku. włazi mi na szafki i stolik, kanapę. z diabelskim śmiechem rzuca się głową do tyłu i podskakuje na łóżku. niebezpiecznie jest powiedzieć „papa”, bo od razu biegnie do drzwi i w tym momencie chce wyjść.  „tata” to słowo na tatę i na wszystko wokół. uwielbia oglądać książeczki,  no i nadal je zjadać. ściąga albumy ze zdjęciami z półki,  dziaadzia baabcia cioocia powie. oczywiście wtedy kiedy ona chce.  pośle całuska. huuhuu i hauhau wypowiada tak samo,  ale odróżnia sowę od psa. i radość,  gdy jest z innymi dziećmi.  w tym miesiącu miała ku temu dużo okazji.  chodziła za rączkę z Alusią, goniła Bartusia i była goniona przez Michałka, była duszą towarzystwa na chrzcie Remiczka i broiła z Amelką. oczywiście z jedzeniem bez większych zmian.  próbuję wizualizować sobie,  że przyjdzie taki dzień,  że moje dziecko zje każdy obiad, jaki jej podam.

i tu dobry moment,  by przejść do kolejnego zachwytu czyli:
2. alaantkowe blw czyli moja najlepsza książka kucharska ever. idealne, zdrowe,  kilkuskładnikowe przepisy dla dzieci i od razu też dla całej rodziny.  kupiłam oczywiście z myślą o moim niejadku i oczywiście ona nadal woli rosół…
nieważne. przecieź wizualizuję sobie,  że pewnego dnia będzie jeść każdy obiad.
wypróbowałam pastę z awokado, banana i kakao, buraczane pesto z makaronem (hit!), sałatkę z buraka i gruszki,  frytki z selera (zaskakująco dobre! ), placki pietruszkowe (naturalna słodycz), warzywa duszone w mleczku kokosowym, ryżową sałatkę… polecam Wam blog o tej samej nazwie lub po prostu kupić książkę. 

3. kolejny zachwyt znów należy do Katowic.  jak ktoś nie zna Katowic z szaroburych czasów, to nie zrozumie czym się tak podniecam. a dla mnie Katowice wróciły na podium z dziecięcych lat.  gdy odwiedzałam to miasto gdy miałam jedną cyfrę z przodu, to był to dla mnie wypad jak do lunaparku. w końcu tam był skarbek, ze sklepami typu wow i ruchomymi schodami. pierwszy mcdonald na Śląsku! ;-) gdy studiowałam wrażenie o tym mieście miałam całkiem inne.  owszem mnogość sklepów z ciuchami robiła swoje,  ale poza tym smutno. teraz gdy jestem w Katowicach,  chodzę z uśmiechem na twarzy.  oczywiście nie dlatego,  że wybudowali w centrum kolejną galerię handlową, bo na tym średnio mi zależy. zresztą już dawno głoszę, że nasz świat dąży do tego, by być jedną wielką galerią,  z klimatyzowanym powietrzem.  w takich galeriach będzie wszystko,  począwszy od naszych mieszkań. wracając do tematu,  w tym miesiącu spotkałam się z dziewczynami ze studiów w starej dobrej hipnozie. muszę od razu się pochwalić, że pokonałam wieloletni strach przed jazdą samochodem po Katowicach :-) spotkanie niestety z mojej strony było krótkie, ale bardzo było miło zobaczyć dziewczyny po latach i stwierdzić, że wszystkie nadal są piękne i radosne :-) drugi wypad wiązał się z jarmarkiem wina i sera, przy okazji fajny spacerek. nie śmiejcie się.  Aga jeździ do Katowic a przeżywa jakby w Wiedniu była ;-) ale tu chyba chodzi o to,  że jak mam czas wolny,  to wyciągam z tego czasu same pozytywy, ładuje się pozytywną energią i cieszę się tym co mam.  wielu z nas tego nie potrafi,  nie chce nawet próbować,  nawet nie pomyśli,  że może!  ale za to zatruwa myśli tym, czego nie ma. albo myślami o tym, dlaczego ktoś ma a on nie. w tym jesteśmy świetni!

w obliczu dzisiejszego święta pomyślmy czy jesteśmy dobrzy i wdzięczni.

ps. ponoć nadaje się do organizowania wycieczek ;-) (chyba przede wszystkim tych w mikro skali). a ja lubię po prostu pokazywać innym to, czym sama się zachwycam i zarażać entuzjazmem. that’s all

Dziewiąty

wrzesień.  moje niedospanie. nie pisałam Wam jeszcze o sporcie, który uprawiam niemal co noc,  czasem co drugą. oj, niech rumieniec nie pokrywa Waszych lic – to nie to co myślicie!  to nie pora na małżeńskie pląsy! wic polega na tym,  że nasza kochana Tosia budzi się o bardzo niełaskawych porach, wykonując przy tym różne akrobatyczne pozy. raczej nie ma w zwyczaju robić tego w ciszy,  często więc budzi mnie jej śmiech, tosiowe słowa, warknięcia, pomruki zadowolenia bądź niezadowolenia, rozpaczliwe zawodzenie. oczywiście w pewnym momencie stwierdza zapewne, że to takie dziwne,  że rodzice śpią o takiej porze i nie widzą jej popisów. taaak! obudzę ich i wyciągnę z łóżka! great idea! jeb! smokiem o zol. i tak zgadza się.  wyczołguję się z łóżka,  padam na podłogę i jak G.I.Jane wykonuję zadanie. znaleźć po ciemku smosia. podać go Tosi.  dup! leży zaś!  Aga – podłoga – już! smosio – taki niepozorny, taki błogosławiony i taki przeklęty. trzeba to przeżyć.  czwórki górne się przebiły. chwila ulgi przed kolejnymi. taki to sport nocny.  w dzień również zaiste rewolucyja. drzemkę Tosia ma już jedną.  i będę szczera – trwa całkiem sporo czasu.  zdążę zawsze coś zrobić,  choć przecież powszechnie wiadomo, że matki nic nie robią. by nie wyprowadzać za bardzo z błędu, oświadczam, że rzadko uda mi się ogarnąć wszystko co bym chciała.  miałam z tego powodu doła,  bo choć mieszkamy w niewielkim mieszkaniu, to momentami sprzątanie go mnie przerasta.  od jakiegoś tygodnia udaje się wykonać pewną normę, więc mój spokój ducha trochę wrócił do normy.  Tosia od niedzieli oficjalnie przerzuciła się też z trybu „kilka kroczków z przewagą raczkowania” na tryb „chodzę! chodzę! chodzę!” :-) kolejnym etapem będzie „biegnę biegnę” i już mnie zimne poty oblewają na samą myśl… ;-) dziewczę waży 9 kg, z obiadami nadal bez szału.  wzrost jakieś 78 cm, piszę jakieś, bo ciężko już ją spokojnie zmierzyć. dyskutuje dużo,  powtarza pojedyncze słowa a poczucie humoru jej dopisuje :-)

w tym miesiącu pierwszy raz od jej urodzenia nie było mnie przy niej przez niemal trzy doby, dwie noce. miałam zaszczyt jechać na zjazd roczny tupperware,  który zawsze obchodzony jest z dużym przepychem.  wyjechałyśmy z samego rana w czwartek w kierunku jachranki, za warszawę. na miejscu czekał na nas ogromny hotel,  w końcu zjazd był na niemal 500 osób.  dlatego pod względem obsługi hotelu,  restauracji duży szacun,  że tak profesjonalnie podszedł do tematu i nie dziwię się,  że obiekt jest tak popularny wśród firm. po zakwaterowaniu był czas wolny dla większości (niektórzy udali się na vip night ;-)), zwiedziliśmy więc urokliwe otoczenie, zaliczyliśmy aqua park (ten obiekt akurat powinien być większy,  bo tak jak w kawale ile słoni wejdzie do malucha – czy jakoś tak,  to ja zadawałam sobie pytanie ile bab wejdzie do jacuzzi ;-) cóż. .. weszło tyle,  że mnie i koleżankę stamtąd mimochodem wypchano ;-)) pyszna kolacja (w ogóle jedzenie pozytywny obłęd – serio), piwkowanie na powietrzu w ostatniej najcieplejszej nocy tego roku.  w piątek kolorowa i muzyczna konferencja do 16 a później szykowanie się na bal. wcześniej jeszcze mała  posiadówka z szampanami nad zalewem zegrzyńskim. a wieczorem -  ja, czarna gwiazda, w towarzystwie sexi pin up girl oraz gorącej pary pilota i stewardessy dołączyliśmy do reszty towarzystwa.  zaczęło się od posh kolacji później tańce i koncert tamtararam zespołu Boys :-P zabawne pamiątkowe zdjęcia i duuużo wina.  w sobotę powrót do domu. wróciłam niewyspana, ale z nową pozytywną energią i wytarmosiłam moją małą knypulinkę za wszystkie czasy,  moje łezki na powitanie oczywiście też były :-)

wrzesień, choć więcej w nim było jawy niż snu, dobrym miesiącem był :-)

Ósmy

w ostatnim dniu sierpnia tradycyjnie dopadł mnie troszkę przygnębiający nastrój, ale pierwszego dnia września byłam już pogodzona z losem czyli opuszczającym nas latem. taki piękny sierpień.  upalny i suchy. dlatego już tak wiele liści opadło a trawa, to w większości słoma. 

sierpień jest miesiącem urodzin w mojej rodzinie.  zaczyna Teść, później Tosia,  moja Mama i Tata.  to też miesiąc naszego ślubu,  który był już 5 lat temu. 

w tym miesiącu zakończył się też mój macierzyński.

Tosia ma roczek. chodzi, biega, trzymając się za rączkę.  widać, że chciałaby już sama, ale jeszcze się boi.  coraz mniej śpi w dzień,  na szczęście wieczorem zasypia nadal o 19-20. znów problem z jedzeniem obiadków. i w nocy się budzi. wnioskuję, że idą kolejne zęby,  niestety nie da się zajrzeć do buzi. jej urodzinki w pełni udane i spokojne, solenizantka grzeczna i radosna.  oczywiście na tydzień przed miała mocne starcie z dywanem, ale wszystko pięknie się zaleczyło.

mieliśmy też świetne odwiedziny kuzynki Damiana Ani, jej męża Łukasza i Haniutki, starszej od Tosi o pół roku :-) oby nam się udawało systematycznie w miarę odwiedzać, bo fajnie się dogadujemy.

dziś krótko. miało być więcej tematów,  ale uciekły. bo ugryzłam się w paluchy, bo się nie chciało,  bo coś tam coś tam. 

.

Siódmy

rano usiadłam, by napisać notkę,  ale najpierw postanowiłam zmienić nazwę bloga.  w końcu. po tylu latach. od myśli do myśli,  od idei do idei, od pomysłu do wykonania i… jest! witaj littleletter.blog.pl :-)

potem w końcu chciałam zacząć lipcową notkę, ale z powodu zmiany nazwy wystąpiła jakaś awaria.  teraz kryklam na telefonie po ciemku. jednym okiem łypałam na 12 małp, ale nadal nie mam czasu, cierpliwości czy czegoś tam, by dokończyć ten film, pomimo,  że gra w nim mój bradziu piciu.

dość dygresji, gdyż zbliża się moja pora snu a mam jeszcze kilka słów do napisania. a lipiec był taki piękny!  odkąd jest lato czuję się zrelaksowana w końcu i w miarę beztroska. słońce podniosło znacznie mój poziom endorfin, opalenizna dodała mi +10 do poczucia atrakcyjności we własnych oczach. ostatnio czułam się tak dobrze latem 5 lat temu, gdy wróciliśmy w Irlandii, przed ślubem. korzystam jeszcze z tego, że nie ograniczają mnie godziny pracy. rok temu z Tosią w brzuchu nie mogłam za bardzo napawać się pogodą, w tym roku nadrabiam zaległości, mając córkę przy boku. dla Damiana, to też był relaksujący w końcu miesiąc, urlop kończy mu się dopiero jutro.  jego idea na temat 3 tygodni urlopu dla pracownika, w tym roku w pełni została zrealizowana. wg niego człowiek najlepiej wypoczywa podczas urlopu, trwającego 3 tygodnie. pierwszy tydzień, polega na odwróceniu myśli od pracy. w drugim tygodniu człowiek tak naprawdę zaczyna fizycznie i psychicznie odpoczywać. w trzecim powoli przygotowuje się do powrotu, unika tym samym stresu, który często występuje, gdy urlop trwa krócej ;-) w tegorocznej wersji wyglądało to tak: pierwszy tydzień,  to urlop od pracy, ale zajęty czas przygotowaniami do wyjazdu i nadrabianiem zaległości w wymianie części w aucie. drugi tydzień, to wyjazd i relaks poza miejscem zamieszkania. trzeci, to spokojne korzystanie z wolnego czasu, nadrabianie zaległości w spotkaniach towarzyskich ;-)

pierwszy wyjazd z Tosią był dla nas po prostu idealny. taak na pewno z dzieckiem był idealny,  pomyśli ktoś sobie. otóż tak. a dlatego był taki, że po tym wyjeździe oczekiwałam jedynie tego, by nie padało i by Tosia była zdrowa. na nic innego się nie nastawiałam. miało być po prostu zmienione otoczenie.  i tyle. oczywiście z małym dzieckiem rytuały muszą  pozostać te same, więc pory wstawania, karmienia,  drzemek, kąpieli i zasypiania nie były inne niż w domu. pilnuję tego i dzięki temu nasze dziecko spokojnie korzysta z rytmu dnia. Tosia na nowym miejscu była przeszczęśliwa, gdyby umiała, to chodziłaby po ścianach z radości. czarowała wszystkich wokół. ilość dzieci zrobiła też swoje. Tosia uwielbia dzieci, więc przez nie „miała oczy dookoła głowy” i ciągły uśmiech na twarzy.  góralskich potraw smakowała głośno mlaskając ;-) w ogóle muszę ją pochwalić, już ostatnio miałam to zrobić, że w końcu ładnie je :-) wiecie jakie były z nią problemy, nerwicy się przez to karmienie nabawiłam, a teraz je pięknie. nawet woli teraz bardziej obiadki niż deserki. może dlatego, że coraz mniej je papek, schodzimy coraz bardziej ze słoików na normalne jedzenie, którego zaczęła sama się dopominać. uwielbia jeść sama rączką, rzeczywiście u niej metoda blw podziałała. wodę, soczki i herbatkę też zaczęła pić bez problemu, gdy tylko zaczęło być ciepło. dlatego potwierdzam teorię,  że dziecko do wszystkiego dojdzie, dojrzeje,  dorośnie, potrzebuje swojego czasu i trzeba jedynie sobie i innym rodzicom życzyć cierpliwości.  a dotyczy to i wprowadzania pokarmów,  ale również chodzenia, ząbkowania,  mówienia,  nocnikowania itp.

z chodzeniem w ogóle jej nie naciskałam a teraz ładnie już chodzi za dwie rączki, a czasem nawet prowadzona za jedną rękę. głębokiej wody, gdy jest u nas na rękach również się nie boi. wieczorem zasypia już sama, co prawda rzuca się na łóżku godzinę,  wymyśla i czasem marudzi, ale w końcu pada i śpi. w górach oczywiście zaczęło się kolejne ząbkowanie, więc przez to, zmianę klimatu, upał i przeciągi pojawił się znienawidzony katar i infekcja oka, ale jakoś sobie z tym poradziliśmy.

no pięknie noc minęła a wpis w toku. po przerwie na sen i wielu porannych czynnościach wracam do pisania w południe. mam dużo do zrobienia jeszcze, więc nie ma to tamto! wracając do wyjazdu. spędziliśmy w Białym Dunajcu piękny czas na luzie. Morskie Oko, Dolina Kościeliska muszą jeszcze poczekać. upał, niemowlę w wózku, korki na zakopiance i tabuny turystów nie sprzyjały temu, by zdecydować się na bardziej zaawansowane wycieczki. wystarczyło nam póki co Zakopane i Gubałówka. wystarczyło też obrać odwrotny kierunek i pojechać do zamku w Niedzicy. okolice tego miejsca były po prostu piękne! gdy Tosia będzie większa, na pewno poszerzymy krąg zwiedzania. przez cały pobyt mieliśmy też nielimitowane wejścia na termy Górski Potok, co było cudowną alternatywą w upalne dni i wieczory. jeden wieczór spędzałam sama na termach i spotkałam tam koleżankę z podstawówki! świat jest naprawdę mały :-) więcej na temat miejsca będzie w dodatkowym wpisie, który zaczynam przygotowywać. oczekujcie :-)

miesiąc zakończony został w katowickim stylu. najpierw w czwartek wieczorem odbyło się spontaniczne spotkanie ze znajomymi z uczelni. tętniąca życiem mariacka, światła odnowionego rynku podziałały na nas bardzo pozytywnie, czułam się znowu jak studentka ;-) szkoda tylko, że Katowice nie były takie kolorowe, przyjazne w latach naszego studiowania. naprawdę wiele się zmieniło. było cudownie i prześmiesznie, powtórka w październiku, mamy nadzieję, że będzie nas więcej. z Anią, miałyśmy piękny wieczór, do późna siedziałyśmy w aucie i klachałyśmy. tego nam brakowało, tyle lat nie miałyśmy takiego spontanicznego wspólnego wyjścia. zawsze w biegu, na chwilę, co jakiś czas. w piątek, zachęcona rozmowami z poprzedniego wieczoru, namówiłam Damiana na wypad do nowej siedziby Muzeum Śląskiego. ach wystarczyło wjechać na sam parking, by poczuć się jak w innej krainie! centrum kongresowe jak teletubisioland, NOSPR po prostu klasa, budynki i otoczenie muzeum zapierają dech. szklane domy stały się faktem! roślinność wokół cudna. wszystko idealnie skomponowane z otoczeniem, z resztą miasta. naprawdę dobrze zainwestowane pieniądze. nie wszystko jeszcze jest skończone, ale myślę, że efekt końcowy będzie obłędny. niestety wystaw jeszcze nie zobaczyliśmy, bo długość kolejek nas skutecznie odstraszyła. zapomniałam, że zwiedzanie do końca tego weekendu jest darmowe, a to pewnie był główny powód długiej kolejki. ci, którzy wystawy widzieli bardzo zachwalali, więc wybierzemy się tam na pewno wkrótce jeszcze raz.

Szósty!

zdajecie sobie sprawę, że już połowa roku za nami?! za pół roku będziemy narzekać na zimno?! brrr

póki co upragnione lato, choć pogoda kapryśna. bardzo bardzo bardzo liczę na to, żeby druga połowa lipca była cieplutka, bezburzowa, bezdeszczowa, sprzyjająca małym dzieciom i ich zmęczonym rodzicom. Damian ma zaplanowany urlop, kilka dni będziemy poza domem i taka ładna pogoda bardzo nam się przyda. Ale jak się ułoży opiszę za miesiąc.

czerwiec oddala się w… siną daaal w siną daaal o-o-o w siiiną dalll. to nie taniec radości tylko na szybko zaintonowana piosenka, bo przy Tosi rozśpiewaną jesteśmy rodziną, więc nawet jak piszę, to zdarza się, że śpiewam – palcami ;-) od razu mam skojarzenie z filmem „Ryś”, w którym jąkający się bohater śpiewa, bo jak twierdzi: bo gdyyy śpieeewam, to się nie jąąąkam ;-) bez związku ta dygresja, ale dla mnie zabawna ;-)

czerwiec to fuzja smaków. rządziły owoce, food trucki i hindi-indi. to kilka fajnych spotkań. to miesiąc narodzin kolejnego kuzyna Tosi – maleńkiego Remiczka. takiego sprawnego porodu jaki miała siostra Damiana życzę każdej kobiecie a Ewelinie gratuluję :-)

anegdotka: jakiś czas temu byliśmy z Tosią u okulisty w Piekarach, bo wydawało nam się, że jednym oczkiem troszkę zezuje. okulistka pomimo, że niczego takiego nie zanotowała, to skierowała dalej, by dokładniej zbadać oczko (wg niej jakaś asymetria w nerwach). terminy w klinice w Chorzowie nieosiągalne, ale znalazłam w miarę logiczny termin w Bytomiu. w międzyczasie Tosia przestała tym oczkiem zezować tak często jak wcześniej, ale stwierdziłam, że jak już mamy termin i skierowanie, to skorzystamy. wchodzimy do okulisty, w kilku zdaniach opisałam o co chodzi i lekarz przystąpił do badania, bardzo szybko wyprowadzając nas z błędu. powiedział m.in., że może nam się wydawać, że mała zezuje z powodu… szerokiej nasady nosa, którą zresztą ma po mamusi! :-D a Tosi mamy dać spokój z badaniami do jej drugiego roku życia. uff :-)

nasze rozbrykane maleństwo doskonali się we wspinaczce i podskokach. daje mi i Damianowi już całuski i powtarza za nami dźwięki. ktoś nazwie nas pewnie wariatami, ale ostatnio powtarzała za nami aaaaa beeee ceeee deeee itd. :-D z uśmiechem Jokera chętnie wytarmosiłaby swojego maleńkiego kuzyna, więc trzeba ją trzymać od niego, póki co, z daleka. ani na chwile nie usiedzi w miejscu. od kliku dni niechętnie oddaje się drzemkom a dziś pierwszy raz od urodzenia spała tylko raz w ciągu dnia! i tylko godzinę! (dotychczas miała 2 drzemki od 0,5 do 1 h) od kilku nocy też znów się troszkę budzi, ale już wypatrzyłam, że idzie 7 ząb. wczoraj pierwszy raz jechała z tyłu sama w foteliku, ja prowadziłam. i tak się darła, zanosiła przez całą drogę, że nie wiedziałam już co robić. ostatni km przejechała ze mną z przodu w foteliku, choć nie jestem pewna, czy mogłam tak zrobić z tym modelem. oczywiście tylko mnie zobaczyła obok, to jak ręką odjął, wszystko jej przeszło. to pierwszy raz kiedy tak mocno, intensywnie przekazała mi, że przy mnie czuje się bezpiecznie i chce mnie widzieć przy sobie.

przeniosłam się teraz z ćwiczeniami na kopiec. bardzo fajnie i atrakcyjniej pod względem treningu. niestety tego sezonu nie witam z wynikami takimi jakbym chciała, więc przywitałam się ze strojem jednoczęściowym. 2 zwracałam po zakupie, za 3 razem w końcu trafiłam na odpowiedni (w miarę ;-)) założę go dla Tosi, bo bardzo chcemy z nią chodzić na basen. uwielbia wodę, nie przeszkadza jej, że leję jej wodą po oczach jak ją kąpię. wkrótce przekonamy się jak zareaguje na większą ilość wody niż w wannie :-) dlatego pogoda jest potrzebna :-)

udanego lipca, jeśli też będziecie się urlopować, to bawcie się dobrze, nabierajcie sił, korzystajcie z pogody i wolnego czasu, cieszcie się sobą, rodziną i przyjaciółmi. buziaki!

Piąty

ludzie jestem taka zmęczona, że nie wiem co mam pisać. mój mózg odbija się jak piłeczka pingpongowa… z lewej do prawej… jak kliklak – uderza o czachę, opada na szczenę. obiecuję sobie, że dziś w końcu pójdę spać wcześniej, choć i tak skończy się na tym, że zmarnotrawię sen, siedząc do północy. po prostu mam niedobory snu. brzmi to jak powieść:

Tosia przesypiała już całe noce – wspominała A. z rozrzewnieniem. choć w głębi duszy obawiała się jak zwykle, że to zbyt piękne i krótkotrwałe.

tszz. wróćmy do prozy życia. no. więc budzę się czasem co godzinę, a czasem co dwie a luksusowo co trzy. czasem wystarczy położyć Tosię, dać jej smoka i śpi dalej. czasem biorę ją do łóżka, czasem bujam w leżaczku, a noc nieubłaganie mi ucieka.  jeszcze trochę i trzeba wstać. i zaczynamy rytualny dzień od nowa. w czasie tego macierzyńskiego miałam już dwie konkretne propozycje powrotu do pracy. nie zdecydowałam się iść na rozmowę. pomyślicie, że jestem wariatką. może. pewnie za 3 miesiące będę płakać, bo jak wiecie nie mam za bardzo gdzie wrócić. ale to MÓJ rok z Tosią. to moje chwile, moje wspomnienia. nikt inny mi ich nie da i nikt mi ich nie zabierze. a w tych czasach praca raz jest raz jej nie ma. no. i tyle. tak więc noce nie są fajne. jestem zombie. a druga stresująca kwestia, to pora obiadowa Tosi. yhh z obiadami, to cała przeprawa. czy gotuję czy słoiczek, czy wiejski królik albo gołąbek czy marchewka itd. nigdy nie wiem czy Tosia raczy otworzyć buzię. grymas po pierwszej łyżce zawsze jest. a potem różnie. może zje a może będzie płakać, a może wysmaruje siebie, krzesełko obiadkiem i przy okazji mamę opluje. raz jej gęste pasuje innym razem rzadkie. OCZYWIŚCIE u babć niby je wszystko. nie dziwię się już mojej mamie, jak się na mnie wkurzała, gdy czegoś zjeść nie chciałam. narobiła się boroka a ja wymyślałam. choć podobno nie wymyślałam, gdy byłam w wieku Tosi. Boże, proszę, niech jej to minie, bo ciężko mi mieć cierpliwość.

poza tymi kwestiami nasza córka jest przekochana, przezabawna i wiadomo naj. i papa powie i pomacha, i słowo „nie” rozumie i pokiwa głową na ten znak. napina się ostatnio, próbuje coś mocno ścisnąć. jak rączkami obejmie, to aż się człowiek rozpływa. w łóżeczku podskakuje i potrafi się już sama sobą w nim zająć, więc mogę w tym czasie coś w domu zrobić przez chwilę (a i tak jest syf. seriously.) szufladę ledwo otworzę, a już jest obok i przez szczeble wyciąga swoje ubranka i pieluchy. kombinuje a przyłapana na gorącym uczynku zaśmiewa się do rozpuku. ostatnio poznała huśtawkę na placu zabaw i przyjęła ją z zaskoczonym śmiechem. z wózka wszystko obserwuje. do chodzenia na dwóch jeszcze się nie kwapi, a ja ją jeszcze jakoś szczególnie do tego nie popycham. podobnie z nocnikiem. kwestia butów. napiszcie, gdzie je dziecku kupować, by stópki rozwijały się prawidłowo, a my byśmy nie zbankrutowali? u Tosi chyba zdecyduje się z twardszą podeszwą, ze względu na to, że ta jedną stópkę wykrzywia czasem do środka . no i rozmiarówka. jak określać rozmiar. jeszcze nic na ten temat nie czytałam, wolę najpierw wśród znajomych mam się rozeznać. Tosi idzie ząb za zębem. ma już urocze górne jedynki z rozkoszną (wg mnie) szparą między zębami, tak jak ja, jej ciociomatka Kasia i ciocia Dodi :-D potrafi nimi zgrzytać brrr teraz idą dwójki. przez to chyba te noce są takie a nie inne. przeszliśmy już na lekką spacerówkę, więc trochę mi lżej. z czerwonego córa przesiadła się na turkus <3

maj był dla nas też stresujący. przez naszą głupotę i wiercipieństwo Tosi zaliczyliśmy nockę w szpitalu na obserwacji. na szczęście nic poważnego.

dalej liczę km i biegam kiedy czas i pogoda jest (ostatnio często padało, więc było gorzej). przeniosłyśmy się z Agatą z ogródków na orlika przy naszym dawnym liceum. super nawierzchnia, świetnie się biega. pomyśleć, że kiedyś nienawidziłam tego boiska. że jak miałam zrobić dwa kółka, to klęłam na czym świat stoi. a teraz robię 12. także jest postęp ;-) kolejny przykład, by nigdy nie mówić nigdy.

zasiliłam szeregi Tupperware czyli z klientki stałam się konsultantką. pierwsze party dało mi w dupę, ale nie poddałam się i dwa kolejne pełne pozytywów. z Darią jesteśmy super duo a Damian też stwierdził, że chętnie mi pomoże kiedy będę chciała. Tupperki są fajne, piszę Wam to ja :-) nie dość, że kuchnia fajnie wygląda i jest pełna smart rozwiązań, to jeszcze smaczne przepisy podłapuję i szybkie triki.

na koniec babskie refleksje z ostatnich trzech dni. przypomniałam sobie, że obcasy nigdy nie będą moimi całodziennymi przyjaciółmi oraz, że chyba trzeba popracować nad opalenizną, bo nie opalałam się niemal dwa lata i wystarczyło wyjść z wózkiem dwa razy na słońce i już mam zjarane ręce (ręce! tego jeszcze nie było!)

ps. no i już jest 21 a ja jeszcze zamówienie do zrobienia. mówiłam, że nie uda się szybko pójść spać? wyśpijcie się za mnie.

Czwarty

Wielkanoc 2015 to trzydniówka Tosi. pierwsza (i mam nadzieję, że na długo pozostanie pierwszą) gorączka córki za nami.  brak apetytu przez, na maxa, opuchnięte górne dziąsła. na nowo wprowadzanie warzyw, bo je odrzuciła. do teraz ma problem z jedzeniem obiadku. ona już nosem wyczuwa obiad i zanim jej coś dam, ona już się otrząsa ;-) od wczoraj mam nowy sposób, w jednej ręce trzymam smoczek, w drugiej łyżkę z obiadkiem. podsuwam jej smoczek, otwiera buzię… i bach! łyżka z obiadem ląduje w buzi :-D mam uciechę, a ona choć trochę zje. wiem, jestem okropna :-D drugi problem, który się pojawił, to usypianie wieczorne. mija czasem duuużo czasu zanim zaśnie. niby już śpi, a za chwilę tarza się po łóżeczku w euforii. a ja mam ochotę tarzać się po ziemi z rozpaczy. ale za to jak zaśnie, za to jak zaśnie, za to jak zaśnie! to….. śpi do rana! wypija butle i po jakiejś chwili jeszcze śpi z godzinkę! ach <3 <3 <3 oby tak zostało please

wita się z każdym jak Renesmee ze Zmierzchu (wiem porównanie… ukhm) czyli wyciąga tę swoją małą łapkę i dotyka buzi. czaruje wielkimi niebieskimi oczami z długimi rzęsami i uśmiechem jockera. raz cichutko sobie coś szepcze, po chwili głośno wyraża po swojemu własne zdanie, innym razem warczy i głośno się śmieje. babababa tatatata dadadada bubububu kkkk a jak płacze, to mamamamamaaaaa. stoi w łóżeczku, wspina się, kręci się, jednym słowem wiercidupka. cieszy ją widok kotów i dzieci. w kąpieli bawi się swoimi wanienkowymi zwierzakami. lubi spacerki, zachwyca ją wszystko wokół, o czym głośno komunikuje. wspaniale obserwować jak poznaje świat.

kwiecień, to kilka fajnych spotkań po latach. kwiecień, to też mój dół mobilizacyjny jeśli chodzi o ćwiczenia. chęci wróciły, ale w innej formie uprawiania sportu: Aga zaczęła biegać. dobre buty, aplikacja endomondo i stara koleżanka u boku mogą zdziałać cuda. pogoda sprzyjała i spacerom i wieczornym przebieżkom. endomondo mobilizuje mnie do zbierania kilometrów. polecam. kwiecień, to też mój miesiąc wejścia w tupperware. z klientki w końcu stałam się konsultantką. o firmie pisałam tu: http://littleletter.blog.pl/2014/03/04/babskie-wieczorki/ jeśli chcecie bym Wam pomogła poznać kolorowe pudełeczka i nie tylko, to pomogę, bez obaw ;-)

wiecie, że ten blog ma już 10 lat?! to niesamowite, że go nie skasowali, gdy miałam momenty ciszy. 10 lat. od poezji po prozę życia. zdążyłam cierpieć z miłości, zakochać się na nowo, cierpieć z miłości na odległość, skończyć studia, wyjechać do Irlandii i wrócić, wyjść za mąż i urodzić dziecko. 10 lat. czasem się boję, co kolejna dekada przyniesie. z jednej strony lęk, z drugiej odwaga, by wyjść wyzwaniom naprzeciw. bo jeśli nie teraz to kiedy? 10 lat temu czerpałam z mojej młodości garściami, w miarę ówczesnych możliwości oczywiście. za 10 lat nikt już raczej o dowód mnie nie poprosi.

z innej beczki. o instagramie. mam i używam od ponad roku. po co, na co i o co cho? instagram to zwierzaczek smartfonowy, oparty jedynie na wrzucanych zdjęciach, oznaczanych hashtagami. upraszczając: chwytasz moment swoją kamerką i wrzucasz w sieć. nie zapychasz fb (który mieści w sobie już niemal wszystko) tym, co jadłaś, co ubrałaś, swoimi kotami, dziećmi, imprezami, drinkami, wannami, selfikami itp. przyznaję, że dla mnie, stworzenia społecznego, to taki mój dodatkowy mini twardy dysk :-) na szczęście, instagram nie jest jest tak obładowany użytkownikami jak fb, mało jest Was na nim, więc nie mam poczucia oceniania. zachęciłam tylko kilka bliższych osób, by takie konto uruchomiły. ot taka aplikacja, którą lubię. ach o mediach społecznościowych można pisać wiele. ale jest już 23, notka potoczyła się swoimi torami a ja mam już większą część mózgu ustawioną na opcję sleep. do zobaczenia za miesiąc.

Rozdział trzeci

w marcu jak w garncu. swoisty tygiel. gulasz emocjonalny. szlus. przeszedł do historii.  9 rano, piszę szybko notkę, ciesząc się, że choć raz w miesiącu wyznaczyłam sobie punkt pisania kolejnej. mogłabym teraz poleżeć z córką, bo uwielbiam, gdy zasypia ma swoją pierwszą drzemkę w ciągu dnia. zazwyczaj zasypia błyskawicznie, słodko się wtulając. ale zmobilizowałam się, bo nie wiem ile pośpi, pewnie pół godziny, a ja mam jeszcze pół kubka kawy do wypicia :)

w marcu odnotowaliśmy niesamowity skok rozwojowy naszej córki. w każdym miesiącu coś się działo, ale marzec to prawdziwa rewolucja. w połowie miesiąca przebił się ząbek, dwa dni temu kolejny i wyczuwam na jej górnych dziąsełkach, że też się coś zaczyna dziać (właśnie mi się przypomniało, że kiedyś mówiłam dżąsła ;-))

przez pierwsze miesiące, gdy Tosia tyle spała i była spokojna, śmiałam się, że ona zbiera siły. i nie pomyliłam się. jest mega wiercipiętkiem. prawie raczkuje, póki co skacząc jak żabka. będzie szybciej raczkować niż samodzielnie siedzieć. wczoraj zrobiła takie dwa „kroczki”, typowo raczkując, ale chyba ją to zaskoczyło, bo rozpłakała się ;-) postanowiłam rozpisać konkurs na najszybsze i najsprawniejsze przewinięcie jej pieluchy, bo tego ile razy ją przewracam na plecy i gonię po łóżku zanim ją przebiorę, to zliczyć ciężko. marzę o takiej temperaturze na dworze, która pozwoli nam wychodzić w jednej warstwie ubranka, bo oczywiście ubieranie, to dla mojego dziecka katorga (nie wspominam już o moich siódmych potach przy tej czynności).

jest mega muzykalna. gdy słyszy muzykę, od razu się kiwie z uśmiechem na buźce. nie na każdą reaguje, ale na większość. nawet, gdy byłyśmy na spacerze i usłyszała muzykę z pobliskiego sklepu, od razu podrygiwała w wózku. lubi, gdy jej się śpiewa. tak więc może za kilka lat pójdę do mam talent dla seniorów i pokażę, co udało mi się wyćwiczyć z głosem ;-)

jeździ już w końcu w spacerówce, w pół leżąc oczywiście, ale mi już jest lżej. choć opatulam ją jeszcze tak, że wygląda jakby dalej była w gondoli hehe

krzesełko do karmienia pomogło nam w karmieniu, choć oczywiście lekko nie ma. a to dojdzie do niej, jak to śmiesznie wypluwać obiadek, a to kręci głową za kotami, a to zobaczy kropkę przed sobą, którą musi dokładnie zidentyfikować… owoce i kaszki, to dla niej na razie top smakowy.

jest śmiała, wesoła, nie płacze na widok innych ludzi niż mama i tata ;-) poza domem przez większość czasu grzeczna, w domu pokazuje charakterek. marudzi, jęczy, stęka, krzyczy we wszystkich tonacjach. ona nie chce dłużej w łóżeczku, leżaczku, krzesełku, na macie, na łóżku, ona chce na rączki. ona nie chce sama siedzieć, ona chce być tam gdzie mama, tata, koty. ech i choć często się irytuję, złoszczę też, to wystarczy jej uśmiech i chichot, i od razu wszystko mija. to działa. to nie banał. a rechocze najbardziej gdy mama mówi do niej grobowym głosem (to dziecko nie będzie bało się horrorów), gdy udaję, że jej stópki śmierdzą i mdleję, gdy robię przysiady (… tak! wyśmiała mnie!), przy „raczku nieboraczku”, przy wieczornym ataku gilgotek przy przebieraniu itp…

właśnie cruella się obudziła, więc zmierzam do końca. włoski jej zaczęły na potęgę rosnąć, więc może na roczek będzie mieć już bujną czuprynę jak Ato Boldon ;-)

niech moc kwietnia będzie z nami! oby był pełen ciepła i cudnych wiosennych spacerów!

Rozdział drugi

luty miesiąc krótki. luty zazwyczaj miesiąc przyjemny. tegoroczny luty pełen stresu. nie lubię publicznie narzekać. gdy opisuję minione wydarzenia, to zawsze staram się zrobić to w sposób choć lekko humorystyczny. ale jak humorystycznie opisać chorobę mojej córki? hmm w sumie jest jeden element z gatunku czarnego humoru. nałykałam się tosinkowych glutów przy wciąganiu ich aspiratorem Canpola. da się. i teraz sama mam taki katar, że olaboga!

reszta nie jest zabawna. ledwo Tosię pochwaliłam za odporność a tu bach! dwa katary w ciągu miesiąca, z czego drugi taki, że błyskawicznie rozwinął się w zapalenie oskrzeli i serię zastrzyków :( oj przy pierwszym wyłam jak bóbr: przy zastrzyku, w aptece, w drodze do domu i w łóżku. ząbki też idą, widać na dole wyraźnie, że coś się usiłuje przebić. ciekawe ile to potrwa. z opowieści wielu z Was wynika, że osłabienie odporności i takie choróbska mają związek niestety z ząbkowaniem… Tosia jest dzielna i powoli wychodzi z choróbska, o czym świadczy to, że znów jest radosna. uśmiech na twarzy ma nawet przez sen. wiecie co? śni mi się ciągle, że goni mnie lew. lwem (jako znak zodiaku oczywiście) jest mój mąż, teść i Tosia. co to może znaczyć? ;-)

nieprzyjemności zdrowotne Tosieńki ciągną się tak cały miesiąc z małymi przerwami. a w tym miesiącu właśnie skończyła 6 miesięcy! <3 jest taka kochana. sprytna się robi, jest gadatliwa i rozchichotana. i na razie preferuje owoce i kaszki owocowe, słodkie smaki ma chyba po mamusi :-) jak się wykuruje, to czas wprowadzać mięso. mam lęk przed tym, że się może czymś udławić. szczególnie, że krztusi się od razu jak jej coś nie pasuje. nie wiem jak będę jej dawać jakieś duże kawałki, chyba zejdę przy tym na zawał. jak nie lubiła leżeć na brzuchu, to teraz non stop się przekręca, aż do przesady np. już zasypia… już prawie… i nagle się przekręca na brzuch. i po spaniu.

a ja nieprzyjemności miałam z piekarskim szpitalem miejskim. mam pecha jeśli chodzi o tę placówkę, więc jak mi ktoś jeszcze powie, że ten szpital jest ok, to postukam mu po czole. obiecuję. już nawet wyników z usunięcia znamion nie jadę odebrać, bo jestem chora na samą myśl. mam nadzieję, że na razie wizyty tam mnie ominą.

większość urodzin w moim życiu mogę zaliczyć do udanych. ale nie w tym roku. doła załapałam i wku**a. były minęły. może za rok będą lepsze. wkurzyło mnie, że wydaje mi się, że jestem w porządku, że wszystko wokół jest w porządku a potem okazuje się, że jest inaczej, że ktoś nie może przeżyć, że żyję tak a nie inaczej, mówię to a nie tamto i wyglądam tak a nie siak. NIENAWIDZĘ robienia problemu tam gdzie go nie ma. ludzie naprawdę mają duże problemy, życiowe troski, dlatego po co stwarzać coś czego nie ma i czemu nie można cieszyć się tym co jest? (tego nawet nie komentujcie, proszę)

ćwiczenia u Jagody chyba wchodzą mi już w nawyk, bo ostatnio miałam przerwę za względu na pracę Damiana i chorobę Tosi (i teraz moją) i czuję się źle bez tych treningów. i tak wychodzi rzadko, bo dwa razy w tygodniu się udaje. i nie jem nic czekoladowego i kremowego. to pierwszy krok wyrzeczeń ;-) ostatnio i tak ani apetyt ani czas nie sprzyja, by podjadać.

w zeszły weekend byliśmy w Brzegu u rodziny Damiana. poza rozpoczęciem się choroby Tosi było bardzo pozytywnie i mamy nadzieję, że będziemy się tak wzajemnie od czasu do czasu odwiedzać :-) a! i byłam w końcu z Damianem w kinie! ostatni raz byliśmy przed narodzinami Tosi. w końcu zaliczyliśmy Hobbita, był świetny, osobiście uważam, że najlepsza część tej filmowej trylogii. w ogóle po raz kolejny udało się być w pustej sali kinowej. to jest extra, będziemy to nadal praktykować :-) nogi możesz dać nawet na sufit, o ile masz takie długie, jeść możesz co chcesz, komentować na głos i przeżywać ;-) na drugi dzień po wizycie w kinie, wygrałam podwójną wejściówkę do kina w konkursie Obsessive :-) będzie okazja iść znowu :-) i love kino :-)

kończę ten wpis pełen narzekań, oby to był jedyny taki wpis w przeciągu tego roku. od jutra marzec, dla mnie najdłuższy miesiąc w roku, w którym tak niecierpliwie czeka się na zrzucenie zimowych łachów. ale wiosna coraz bliżej :-) spring is coming (gra o tron też ;-))

 

pierwszy rozdział z dwunastu

styczeń 2015 przeszedł do historii. w notce poporodowej a później noworocznej miałam napisać jeszcze o jednej rzeczy. mianowicie chciałabym podziękować za niesamowitą życzliwość jaką odczuwałam wobec swojej osoby, gdy zaszłam w ciążę i Was o tym poinformowałam. nie wiedziałam, że otrzymam od Was tyle dobra. odezwało się do mnie mnóstwo z Was, opowiedziałyście mi swoje ciążowe (czasem bardzo smutne) historie. o wszystkich z Was pamiętam i będę wdzięczna zawsze. to również dzięki Wam mogłam się czuć szczególnie. wiele z Was odezwało się do mnie po wielu latach milczenia (wiadomo, że na portalach mamy się „w znajomych”, ale nie zawsze piszemy do siebie czy spotykamy się prywatnie) bądź w ogóle się odezwało ;-) będę o tym zawsze pamiętać. oprócz dobrych słów dostałam również od Was wiele upominków (od maleńkich po pokaźnych rozmiarów) „na start”. bezinteresownie, z dobrego serca, z poczuciem hmm wspólnoty. czytacie o tym teraz i wiecie, że o Was piszę :-) dziękuję :-)

wracając do stycznia. zaczął się fatalnie – od choróbska. mąż zmuszony wziąć L4, a wiedzcie, że rzadko kiedy go tak „rozkłada” i zaraz po nim ja się rozchorowałam. że Tosię to ominęło, to chyba jakiś cud. jak na dziecko na mm nie jest źle z jej odpornością (oby tak dalej!):-> przez chorobę powrót pod skrzydła „Jagoda fitnes” opóźnił się o tydzień. ale teraz już zumbuję, pilatesuję i aerobikuję. o efektach fizycznych nie może być jeszcze mowy, ale efekty psychiczne są. nie chodzę tak często jakbym chciała, bo niestety Damian ma takie godziny pracy a nie inne, ale pracuję przede wszystkim nad tym, by ćwiczenia weszły mi w nawyk. bez spiny, bez myślenia, że robię wielkie wyjście z domu, by poćwiczyć. po prostu wychodzę, wsiadam w auto i mam czas tylko dla siebie. to jest gut :-)

odwiedziłam nowo otwarty salon mojej kuzynki Moniki i naprawdę trzymam mocno za nią kciuki, bo znam jej podejście do pracy i do wykonywanego zawodu. mogę zapewnić, że ona nie stawia na półśrodki, nie wciśnie czegoś po kosztach, by tylko zarobić. zaufanie w 100 %. polecam Wam. naprawdę. co prawda gdy od niej wróciłam, to daleko mi było do egipskiej piękności, a mąż nazwał mnie ugly Betty, ale już na drugi dzień różnica w wyglądzie była znaczna :-)

postanowiłam też zrobić przegląd zdrowotny. osobiście uważam, że każda kobieta po porodzie powinna zrobić sobie badania. zbadać cycki, zrobić cytologię, pozamykać kwestie, które od lat odkładała. jeszcze 2 wizyty i główne punkty dotyczące mojego zdrowia będą odhaczone. teraz trzeba wziąć się za męża. po tej chorobie dostał z 4-5 skierowań na badania, które oczywiście sobie leżą. jeśli ja nie przypilnuje, by poszedł, to on tego nie zrobi :-/

Tosina każdego dnia nas zaskakuje i rozśmiesza. od otwarcia oczu rano się do nas śmieje. zaczepia, dotykając naszych twarzy. szczypie. przekręca się na boczek. przekręca się na brzuszek. leżenie też już nie jest takie fajne i próbuje się dźwigać. gada po swojemu a chichot ma obłędny. rozśmieszają ją głupotki, najlepiej przed nią bawić się w klauna. jest przeszczęśliwa jak mama robi z siebie wariata ;-) od 21.01 wprowadzamy papu: ziemniak (babo, co to za mdła mamałyga! dobra, zjem kilka łyżek dla świętego spokoju, ale na pewno nie całą porcję!), marchewka (hmm całkiem niezła), kalafior (oo dobre, dawaj!), dynia (matka! dawaj więcej! obłęęęęd! szybkooo!), brokuł (nieeeeeeeeeeeeeeeee!)… wkrótce wkroczą owoce. później kleik, kaszka. a potem nie mam pomysłów hihi drzeć się też potrafi. szczególnie gdy ma iść spać. hit od miesiąca (poza czapką na oczy) – szczoteczka elektryczna. obstawiamy kiedy motorki padną ;-)

styczeń zakończył się wesołą wizytą Marty i jej córeczki małej No :-) ostatnio widziałyśmy się, gdy mała miała 5 miesięcy. teraz 5 miesięcy ma Tosia, a Noemi 3 latka. ta rezolutna dziewczynka od razu poczuła się u nas jak w domu i zaprzyjaźniła się z kotami, które nie do każdego dziecka odważą się podejść. mała jest delikatna, więc czuły się przy niej bezpiecznie. poza tym są teraz wiecznie niedopieszczone, więc są naprawdę wdzięczne, gdy ktoś poświęci im uwagę :-) do Tosi też podeszła cudownie, pewnie w głównej mierze dlatego, że ma rocznego braciszka, więc wie jak zająć niemowlaka. rozśmieszała Tosię, co nas mega zaskoczyło i radowało a mój mąż nawet stwierdził „i dlatego chcę drugie dziecko” (łooooooooł). z Martą czułyśmy się jak byśmy nie widziały się tydzień, ale oczywiście za mało czasu było, by wszystko obgadać bez chaosu myśli ;-)

za to ja mam już chaos myśli, bo już nie wiem czy o wszystkim napisałam czy nie. pewnie mi się przypomni, gdy już zamknę komputer. dziś poniedziałek był dla mnie gonitwą i nerwówką od zafarbowania prania na różowo (uroki bycia matką dziewczynki) po walkę o godne traktowanie pacjenta w piekarskim szpitalu. w między czasie przeżyłam chwile grozy, bo myślałam, że zablokowałam tacie na amen samochód, wymusiłam pierwszeństwo i zaliczyłam posiedzenie w zusie.

na koniec anegdotka i wniosek styczniowy w jednym. siedzimy sobie pewnej soboty z kuzynkami i coś nam śmierdzi. śmierdzi starą skarpetą albo nieznośnymi gazami :-) śmierdzi, ale żadna nie odezwie się, że śmierdzi. takie jesteśmy wychowane. pora się zbierać kuzynkom do domu i tajemnica wyjaśniona – Katarzyna trzymała w swojej torebce przez 6 h śmierdziucha hauskyjze! ja myślałam, że Asia wali bąki, Asia że ja, a Katarzyn i Monika siedziały cicho, choć wiedziały o co chodzi. tak więc Katarzyno droga, dzięki mojej notce, teraz każdy będzie sprawdzał Ci torebkę po wpuszczeniu Cię w gościnę hehe :-)