Czerwony

wolna wola została nam dana. podejmujemy decyzje i ponosimy konsekwencje. konsekwencje są zawsze. czasem widoczne od razu, często dopiero po latach. jedna decyzja zaważa na kierunku, w jaki podąża nasze życie. czasem zdajemy sobie sprawę, że robimy zły krok, ale w danym momencie nie stać nas na nic innego. np. dwa lata temu albo trzy podejmujemy decyzję. jej skutki odczuwamy dopiero teraz, przez które podejmujemy kolejne decyzje, a te znów zmieniają nasze życie diametralnie. to przerażające, że ułamek sekundy, słowo, chwila tak bardzo może zmienić wsystko. czasem niby uporządkowane życie zamieniamy na coś innego. my też, przez decyzje innych, ponosimy konsekwencje czyichś wyborów. życie się zmienia. załamujemy się lub stawiamy temu czoło. czy wg jednych nasz los jest nam pisany, czy wg drugich mamy wpływ na swój los poprzez swoje decyzje (obie teorie się uzupełniają) puenta moja jest niby prosta. jeśli jesteśmy zdrowi, otacza nas ogólna życzliwość, dostrzeżmy pozytywy i nie utrudniajmy sobie życia, uczyńmy je znośnym.

lipcowe letnie plusiki:

1. rozpoczęcie urlopu męża mego

2. powrót do domu z Tosią na chwilę przed wichurą i ulewą (i tak niemal cały miesiąc, irish summer w tym roku ;-))

3. popołudniowe rozpogodzenie

4. rodzinny dzień w Rudzie Śl.

5. niespodzianka urodzinowa dla wujka <3 ps. rodzina była i będzie zawsze dla mnie najważniejsza. rodzina, to bliskie osoby, które wzajemnie się szanują, nie wywyższają się, nie oceniają i są dla siebie życzliwi

6. słodka środa z dwiema interesującymi kobietami (nie na raz ;-))

7. sesja Tosi, modelka grzeczna i cierpliwa o dziwo :-)

8. sesja Jagódki, modelka również grzeczna i cierpliwa :-)

9. Brzeg w doborowym i życzliwym towarzystwie :*

10. Cd. uroków Brzegu oraz letnie popołudnie w Niemodlinie u wujoojca ;-) <3

11. Marcel i tort ;-) & I love TG

12. Parno i duszno ;-)

13. Radość Tosi na Tour de Pologne

14. Kino z mężem w końcu

15. Cieszą mnie moje radosne klientki :-)

16. Bednarek daje czadu :-)

17. Pierwsza karuzela Tosi, latające kaczory, matka mokra ;-)

18. Długi spacer

19. Spontaniczne grupowe opalanie ;-)

20. Z rodziną <3

21. Bambo czyli ŚDM w Piekarach

22. Słodki poczęstunek dla gości

23. Urodziny Damiana

24. Mega pozytywny grill z tuppdziewczynami, dziećmi, mężami :-)))

25. Wygrana z pewną korpo

26. Lato trwa! <3

27. Lato w ogrodzie, orzeżwiający wiatr

28. Małżeńska opalenizna ;-)

29. Wieczorna przejażdżka pt. „nadal można zgubić się w Bytomiu” ;-)

30. Piękna tęcza, lato w mieście też jest piękne <3

31. Poranny spacer i dzień z rodziną

Choć w tym roku mogliśmy pozwolić sobie jedynie na wyjazd weekendowy, to mieliśmy bardzo udane dni w czasie urlopu D. Nadrobiliśmy sporo zaległości w różnych tematach, choć oczywiście zabrakło czasu na wszystko. Ale to był wspólny, rodzinny czas, kompromisowy – co ważne. Od jutra jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Kocham za ciepłe dni i wieczory, za rodzinne imprezy…

Niebieski

4.07. lato w pełni. pięknie. w ostatnich dniach moje plany wieczorne cały czas się sypią. a to pogoda krzyżuje plany, a to ktoś odwołuje spotkanie. a gra o tron wraca dopiero w kwietniu, więc wieczory poniedziałkowe na razie straciły swoją magię. oczywiście znaleźli się krytycy, znużeni grą. ale jakoś nadal ją oglądają. i w kwietniu znów będą. więc o co cho ;-)

nie ma tego złego jednak, bo przynajmniej w końcu uaktualnię wpis. dzieciu śpi. ostatnio mówi: tatu, dziadziu ;-) dziś mówię do niej: Tosia, co Ty robisz?! a ona: Jajo.

;-)

pierwszy miesiąc „firmowania” za mną. lęk i ciekawość mi towarzyszą, gdy myślę o przyszłości. tak czy inaczej trzeba sobie poradzić. jesteśmy elastyczni. przynajmniej większość z nas. bo ci, którzy większość życia spędzają na jednym etacie, mają tę zdolność nieco uśpioną. szczęście, jeśli nie muszą jej wybudzać ;-) choć może czasem nieszczęście?

w tym tygodniu w końcu rozłożymy tła fotograficzne, bo kilka dzieciaczków już stoi w kolejce do zdjęć. trzymajcie kciuki! efekty pokażę na profilu fb bursztynowa :-)

czerwcowe:

1. sentymentalne lotnisko

2. pogawędka z K.

3. wieczorna przejażdżka w pojedynkę (ale nie samotna)

4. przejażdżki z Tosią

5. spacer wśród pól z Tosią

6. Katowice witają Pianki :-)

7. popołudniowy spacer

8. nie musimy zostać w szpitalu z Tosią

9. świat jest mały

10. prezent od męża – strój kąpielowy (!)

11. mini plener z K. i M.

12. z rodzicami

13. i kolejna przejażdżka z Tosią (wiem, dla Was nudy ;-))

14. udane zakupy dla D.

15. Polek sąsiadek nocne rozmowy

16. miłe słowa od klientek

17. wieczór z K <3

18. spokojny dzień w domu

19. impreza roczkowa Remiczka

20. ciepła kawa i dobre ciacho u M.

21. początek astronomicznego lata

22. popołudnie z M i J

23. dzień tatusia (przede wszystkim mojego! <3 <3)

24. upalny dzień

25. mecz ze Szwajcarią (tak, na tych mistrzostwach pierwszy raz w życiu czułam dumę z polskich piłkarzy. mam nadzieję, że lata porażek minęły bezpowrotnie!)

26. porządek w zabawkach

27. rodzinne spotkanie i finał GoT!

28. pozytywnie zajęte popołudnie

29. chwila oddechu: kiedy Tosia zasypia a ja wychodzę… na balkon

30. oczekiwanie na mecz + faza na jagody

Fioletowy

agencja promocji bursztynowa. moja nowa praca.

prowadzenie kont firmowych na portalach społecznościowych, fotografia reklamowa, reportażowa, portretowa i… opalanie natryskowe! takie połączenie tylko w mojej głowie mogło się narodzić ;-) jak już pisałam Wam wielokrotnie, mój mózg niemal się przepalał, od tego, jak ugryźć temat własnej działalności.

zastanawiałam się w czym jestem dobra. ok, pisanie. zainteresowania? media społecznościowe. jak to połączyć? móc prowadzić innym ich konta. konta firmowe. bo nie każdy ma do tego smykałkę, nie każdy ma do tego głowę, nie ma czasu, nie ma chęci, nie jest przekonany. ale jak widzi inne nieźle prosperujące „fanpejdże”, to go skręca. i też tak chce, tylko nie wie jak. i po to jestem ja. byłabym najszczęśliwsza na świecie jeśli mogłabym tylko w tym pracować, bo sami wiecie, że lubię portale społecznościowe. intrygują mnie prawa, które nimi rządzą. nie wszystko mi się podoba i nie wszystko przyjmuje bezkrytycznie. poznaje je nadal, bo one cały czas ewoluują. współprowadzę konto tupperware tarnowskie góry. wprowadziłyśmy kilka nowych elementów i od razu był efekt w postaci nowych „fanów” a co za tym idzie również klientów. teraz prowadzę również dwa swoje konta: bursztynowa oraz bursztynowa fake bake. na bursztynowej może się na razie mniej dziać niż na tej z opalaniem. inna dziedzina, specyfika. ale zachęcam do obserwacji obu kont. moja identyfikacja wizualna jeszcze nie jest gotowa. bardzo utalentowana fajna babeczka, Karolina z Żyj Kochaj Twórz, przygotowuje jeszcze dla mnie coś specjalnego. jestem ciekawa efektu. poza tym jestem jeszcze na etapie szukania auta, które jest mi niezmiernie potrzebne, by przemieszczać się szybko i sprawnie. poszukiwanie klientów, podwiezienie córki rodzicom lub teściom na czas zlecenia, to wszystko zrobię szybciej, jeśli będę mieć auto. ono mi już spędza sen z powiek i doprowadza do nerwicy, bo jestem człowiekiem, który lubi mieć wszystko załatwione tu i teraz. może to źle, ale lubię szybkie decyzje. auto będzie oklejone, by wiadomo było kto jedzie i co robi :-) dla mnie to ważna sprawa, chcę by moja marka była rozpoznawana. jak już coś robić to na całego!

ale widzicie, odbiegłam od tematu. skąd fotografia, to możecie się domyśleć. mój mąż kojarzy Wam się na pewno z aparatem. ja, jego pilna pomocnica, też już się co nieco nauczyłam. on sprawdzoną ma fotografię ślubną (tak, pomimo, że się nie chwali, to ma już w tym temacie spore doświadczenie), ja chciałabym poszerzyć działalność o fotografię wnętrz, produktów, zabiegów, reportażową z wydarzeń firmowych (jak np. wczoraj zjazd letni tupperware), portretową, dziecięcą. przybyło nam dużo dobrego sprzętu, kupiłam też sporo teł, więc będzie się na pewno dużo działo. oczywiście prowadzenie firmowych kont z fotografią łatwo połączyć.

a skąd opalanie? szukałam czegoś, co jest na etapie rozwoju w naszym kraju i jestem w stanie zainteresować tym innych. opalanie natryskowe znałam z irlandii, tam bardzo kładli nacisk, by ludzie jak najmniej korzystali z solarium. zresztą miałam kiedyś wpis o irlandzkich solariach, zgroza! zauważyłam, że zaczyna się w Polsce promować opalanie natryskowe. mimochodem wspominają o tym w serialach, przyznają się do tego aktorki, celebrytki. ja sama nie mam już ochoty na solarium, gdy wokół tyle nowotworów niewiadomo skąd. po co skórze dokładać zagrożeń. i tak moja skóra jest już dość zmasakrowana. trafiłam na fake bake. korzysta z ich usług dziewczyna z piekar dominika cuda, aktualnie robiąca karierę fotograficzną w polsce. co roku wydaje kalendarz sportowy z aktami sportsmenek. piękne kobiety oczywiście są idealnie przygotowane do zdjęć, przede wszystkim ich ciała pięknie podkreśla opalenizna – efekt opalania natryskowego. gdy zobaczyłam stronę fake bake, ich reklamę i kosmetyki, nie miałam wątpliwości, że chcę z nimi współpracować. no i tak teraz sobie siedzę opalona na złoto :-) nie mam tego problemu, co inne dziewczyny, które tym się zajmują, że nie ma ich kto opalić – mnie opala mąż :-) lata spędzone z puszkami farby i graffiti teraz się do czegoś przydają :-) opalanie pięknie połączyłam z resztą działalności we wniosku o dotacje  i dotacje otrzymałam. polecam panią miszczak z wup w katowicach, nakierowała moje myśli na właściwe tory.

późno się robi, a ja bym pewnie Wam jeszcze poopowiadała. na razie muszę jednak zbastować, bo oczy zaczynają się kleić, mąż o dziwo ma milion tematów do rozmów a w tle ciężki film.

czas na drugą część. fioletowy, bo fioletki. kwiaty, które tak nazywam, są równie urocze jak stokrotki :-) uwielbiam je :-) park w irlandii co roku jest ich pełny. zresztą nie ważna ich nazwa, uwielbiam każde fioletowe kwiaty ;) lawenda, bez itp.

1.pierwsze zoo Tosi

2. godzina dla mnie

3. grzeczna i radosna Tosia na wycieczce

4. wspólne ogarnianie obowiązków

5. red is my new blonde

6. spacerek z AA

7. Tosia potrafi założyć sama spodnie i buty

8. smażenie pankejków

9. szkolenie fake bake

10. radosna Tosia u babci

11. fajna pogawędka z draggl

12. Tosia w końcu zechciała powiedzieć swoje imię

13. Tosia zejdż z tego, liczę do trzech! 1…2…. – Trzi!- odpowiada moja córka szybko i radośnie. łobuz jeden

14. wieczór pełen dobrego papu i kultury

15. rodzinne opalanie czyli jak się aga szkoli na rodzinie

16. pierwszy projekt logo

17. logo gotowe, uwielbiam je

18. bursztynowa zalegalizowana

19. aktywny dzień pełen fajnych zajęć i fajnych ludzi

20. domowe pielesze

21. zaproszenie na wesele

22. dzień w ogrodzie

23. pierwszy klient

24. fiskalizacja kasy za mną

25. spacer pełen słońca z M i J

26. pierwsza procesja Bożego Ciała z Tosią

27. miły grill

28. spotkanie z bliskimi, jesteśmy wśród ludzi

29. przyjemności i słodkości związane ze zjazdem w piekarach

30. udało się złożyć dokumenty kasowe w us

31. zapowiedź lata tupperware  w większym gronie

dobranoc dziubaski. w nawiązaniu do dzisiejszego dnia, to pamiętajcie, byśmy się nigdy nie zestarzeli aż tak, żeby nie chciało nam się bawić :-)

Miodowy

majówka trwa, więc dopiero mam chwilkę, by zaktualizować wpis. przepraszam, ale pierwszeństwo miał drugi odcinek gry o tron :-) póki co nowy sezon trzyma klasę. jea!

kwiecień mignął. kwietnia nie ma.

1. tzatziki z marchewką ;-) (Wam też nie mija obsesja na punkcie tego sosu? choć u mnie już się coś zmieniło, na podium wskoczył dip pietruszkowy, zarażam nim wszystkich wokół ;-))

2. mam mega katar, ale D. ma wolny weekend, więc mógł zająć się Tosią

3. naprawdę muszę pochwalić moją drugą połówkę, gdy jestem chora, zawsze staje na wysokości zadania. a wierzcie mi, że choruję jak facet. przy 37 jestem jedną nogą w grobie a przy 38 porządkuję ziemskie sprawy i żegnam się z bliskimi.

4. wniosek ukończony

5. Tosia lubi stokrotki i sama przykrywa się kołderką <3

6. oddany wniosek. niech się dzieje wola nieba

7. przemeblowanie sypialni na letnią wersję

8. szalona przejażdżka w deszczu z K.

9. szczęśliwa, że ponury dzień minął w miarę szybko

10. dyskusje z Tosią (słowo „nie” naprawdę ma wiele znaczeń ;-))

11. przejrzane zdjęcia z dysku. wracacie w ogóle do zdjęć, które zrzucacie na dysk? „powiadam Wam”, że warto przeglądać swoje wspomnienia i od czasu do czasu je wydrukować/wywołać

12. spacerek

13. piękna pogoda

14. wolny wieczór

15. położyłam się wcześniej do łóżka niż zwykle ;-)

16. zabawa Tosi z kuzynem

17. ogródkowe zabawy z resztą kuzynostwa

18. tam ta ra raaam! przyznano mi dotacje :-)

19. omletowe szaleństwo w dystrybucji

20. wspólny spacer i wieczór

21. poranna przejażdżka w ciepełku

22. czas wyposażyć swoją… firmę!

23. czas spędzony z kuzynostwem

24. pomysły biznesowe

25. gra o tron na nowo się zaczęła

26. ogarnięte przedpołudniowe obowiązki

27. załatwienie listy spraw

28. kawka poranna

29. babinowy spacer

30. dzień na dworze z rodziną

równowaga zachowana, sporo pracy, ale i czas na relaks. tak powinno być zawsze i u każdego z Was. gdy tak wypisywałam kolejne radostki z tego miesiąca, to jednak nie wydaje mi się ten kwiecień taki krótki. w sumie, to mija nam to życie szybko, ale gdy zapisuje się te chwile radosne, to czas jakby zwalnia. spróbujcie. namawiam po raz kolejny.

miodowy? skąd ona to…? taka zagadka dla tych, którzy nie wiedzą. nawet jeśli zgadniecie, to potwierdzę jak już w urzędzie zarejestruję firmę ;-) miodowy, to synonim nazwy, którą wymyśliłam dla własnej działalności. bardzo proste. ciii zachowajcie dla siebie ;-)

buziak

Zielony

nie ma opcji. marzec zawsze będzie zielony. tak, raz że wiosna. przebudzenie, pąki, trawka, bazie i takie tam. i tak, bo Irlandia jest zielona. bo poznałam ją właśnie w marcu, w dzień św. Patryka dokładnie. Irlandia, to taka moja trzecia Ojczyzna (Śląsk-Polska-Irlandia).

nie mam czasu na długi wpis, wiecie? zaraz biegnę załatwiać dalsze formalności, poprzedzające złożenie wniosku o dotacje. jeśli jesteście ze mną, to trzymajcie kciuki, jeśli nie jesteście, to chociaż pogratulujcie odwagi, bo założenie działalności, jakby nie było, z jakąś odwagą cywilną się łączy ;-) zielony nabiera więc i kolejnego znaczenia w tym wpisie – być zielonym w temacie prowadzenia działalności. ale człowiek wszystkiego potrafi się nauczyć, gdy chce lub musi. nawet podatków…

jak tam Wasze próby szukania szczęścia w codzienności? lekko nie ma, przyznajcie. moje marcowe:

1.wspólny rodzinny dzień, wieczór w tupp

2. dostawa rybek prosto znad morza (jeśli też chcecie, mam źródło)

3. Tosia przespała noc bez płaczu

4. niespodziankowa kolacja w indyjskiej restauracji w Warszawie

5. szczęście dał mi cały wyjazd na TBS do Warszawy

6. dresowy dzień z rodziną

7. oddany pit. po raz pierwszy w życiu, nie pobiegłam z nim do Taty, by pomógł go rozliczyć ;-)

8. comiesięczne spotkanie z J jest zawsze dla mnie motywacją

9. pracowity i owocny dzień

10. wieczór z K

11. pozytywny wieczorek z 3xA ;-)

12. upiekłam mój pierwszy chleb na zakwasie żytnim

13. ciekawy polski serial – Bodo (uwielbiam biografie)

14. nowa cerata w kuchni ;-)

15. nowy obłędny tupp sprzęt – tarka fusion <3

16. mój ukochany notebook ferrari znów będzie na chodzie! (i jest, właśnie na nim tworzę)

17. pyszna obiadokolacja przygotowana przez D

18. party u A

19. efekty w horror escape roomie

20. grzeczna Tosia w filharmonii

21. czas na porządki

22. przejażdżki z Tosią

23. radość mojego dziecka

24. poznanie najmłodszej laleczki w rodzinie – Jagusi

25. spowiedź

26. wizyta naszej chrześnicy Amelii

27. chaos dziecięcy w domu rodzinnym

28. spokojny drugi dzień świąt

29. słoneczny spacer

30. prace nad wnioskiem na ukończeniu

31. zaskoczona prawdziwym wiosennym ciepłem

 

życzę prawdziwie wiosennego kwietnia, by było w nim więcej lata niż zimy. nie tylko za oknem, ale i w nas.

na pewno jesteście ciekawi, jaką działalność otwieram. postanowiłam zająć się udzielaniem pomocy psychologicznej okolicznym rzekotkom. należy pomagać na wszelkie sposoby temu gatunkowi płazów, którego istnienie niezbędne jest w naszym ekosystemie.

.

.

.

.

.

.

prima aprilis kochani :-)

 

 

Czarny

zastanawiałam się jaki kolor powinien patronować temu miesiącowi. czerwony, bo to miesiąc miłości i moich urodzin? srebrny,  bo zmieniłam na razie złoto na srebro?  złoty jak Oscar DiCaprio? będzie czarny.  bo czarny is such a happy colour przecież.

więc od razu bang! bang! zaczynam od lutowych radostek, choć serio, były dni,  w czasie których było mi naprawdę ciężko znaleźć pozytyw.  i to nie tak,  że szukam na siłę pozytywów i szczęścia.  traktuję to jak trening i eksperyment. jeśli ktoś jeszcze nie zaczął,  polecam zrobić to dla siebie :-)

1. krany dokręcone, spłuczka naprawiona ;-)
2. przez cały dzień wydaje mi się,  że jest sobota.  a każdy lubi sobotę :-)
3. spoķój ze szczepieniem Tosi do 6 roku życia! tak w skrócie: każde szczepienie było dla mnie stresem.  ponieważ Tosia miała w czasie porodu mały wylew, to neurolożka dała jej skierowanie na „lepsze” szczepionki. różnicy w ilości wkłuć nie było, ale też nie było nigdy żadnych skutków ubocznych.  „lepsze” szczepionki wycofali i na ich miejsce dzieci ze skierowaniem mają już być szczepione po prostu tymi szczepionkami, za które rodzice teraz płacą gruby hajs.  zamiast 3 wkłuć jest jedno.  i po tej właśnie szczepionce, którą Tosia dostała za free, moja mała miała przez kilka dni opuchniętą rączkę :/ Damian doszukuje się jeszcze innych objawów,  ale ja mam nadzieję,  że nie mają związku z ostatnim szczepieniem.   w każdym razie tylko umocniłam się w tym,  że te szczepionki ileś w jednym nie są dla nas. możecie się nie zgodzić,  macie prawo.
4. cieszę się,  że mam wybór,  choć jest on zazwyczaj ciężki. ważne, że wybór w ogóle jest.
5. nowe pazurki (made by D) zawsze są dla mnie radostką!
6. sama radość uczestniczyć w wyborze sukni ślubnej bliskiej osoby <3
7. spokojne popołudnie z rodziną
8. wizyta u M i P
9. dobra i ciepła kawa wieczorna
10. szczęśliwy moment kiedy poszłam spać
11. czasem mam przebłyski geniuszu ;-)
12. joy – źródło motywacji
13. 44 dzień roku w Chorzowie i Katowicach z przyjaciółmi
14. słoneczny poranek w łóżku
15. dużo dobrych urodzinowych słów
16. spokojny dzień bez nerwów
17. wieczorna rozmowa z mężem o moim projekcie
18. przespana noc
19. wiosenny zjazd tupp w Krakowie
20. uwielbiam się kłaść w świeżej pościeli
21. potrafię się zmobilizować w odpowiednim momencie
22. słońce!
23. D jedzie ze mną na szkolenie w marcu!
24. wizyta K i A
25. szczęśliwe chwile, kiedy można poleniuchować
26. spełnione marzenie! po 15 latach od pierwszego i po ponad 10 latach dyskusji na ten temat z D! dlatego ten miesiąc jest czarny jak moje spełnione marzenie ;-)
27. spadek formy,  który powoduje,  że szczęścia szukam w bardziej szerszym kręgu.  szczęście i wdzięczność za to co mam
28. pozytywne i pożyteczne tupp spotkanie z dziewczynami
29. szczególny 29.02. zaczął się informacją o Oscarze dla mojego top aktora, dobrymi info o szkoleniu i pracy D.

a jak Wasz luty?  mój, pomimo, że pełen radostek,  wydaje się być chwiejny. i serio. tyle się dzieje,  że nie ogarniam tego,  do czego się zobowiązałam. zdecydowałam się na ważny krok,  chcę  otworzyć działalność,  ale wniosek o dotacje zbyt wolno jest przeze mnie wypełniany. poza tym jak ostatnio wspomniałam, weszłam w projekt książka i powinnam już pisać konkretne teksty.  no i od lutego zostałam menago w tupp, co też przekłada się na więcej pracy.  jestem też pełnoetatową mamą 1,5 rocznej knysioliny, która ostatnio daje popisy od północy do 4 nad ranem.  dlatego nie ogarniam. o tej porze powinnam pracować przy kompie,  ale nie mam sił. Tosienia będzie musiała teraz spędzać więcej czasu u dziadków,  tak jakbym normalnie chodziła do pracy,  bo w przeciwnym razie nadal ogarniać nie będę.  a tego bym nie chciała.  dlatego sobie i Wam życzę dużo siły,  motywacji i wiosennej energii!!

Biały

styczeń jest biały.  w styczniu klaruje się nasze myślenie o nowym roku.  jeśli ktoś umiera w styczniu,  boimy się,  co będzie w kolejnych miesiącach.  gdy ktoś się rodzi,  cieszymy się,  bo rok zaczął się dobrze.  takie proste myślenie, choć mijają kolejne stulecia, nas nie opuszcza.  dlatego tak mocno staramy się,  by dobrze zacząć rok.  stąd te wszystkie postanowienia,  z których śmieją się „internety”.

mnie zaispirowało wydarzenie, które ktoś utworzył na fb. zachęca, by przez cały rok wrzucać do słoika  myśl,  która sprawiła, że dany dzień był dobry.  ja postanowiłam słoik zostawić w spokoju i sięgnęłam po kalendarz. 
odkąd pamiętam miałam kalendarz, w którym zawsze było sporo miejsca do zapisków. telefon komórkowy miałam dopiero na pierwszym roku studiów,  zresztą model nie sprzyjał robieniu notatek.  od prowadzenia kalendarza odeszłam całkiem w Irlandii (zresztą cały pobyt tam wywrócił moje życie do góry nogami,  od przynajmniej 6 lat zabieram się za napisanie o tym książki) i pomimo prób nie udało się wrócić.  ale w tym roku będzie inaczej.  mało tego!  mam już dwa kalendarze,  w którym robię notatki!;-)

postanowiłam codziennie wieczorem wpisywać pozytywną myśl z danego dnia.  tyle się mówi,  by cieszyć się każdym dniem,  drobnostkami, doceniać zwykłe rzeczy.  pozornie proste.  choć nie jestem marudą, doceniam to co mam,  to chcę nad sobą pracować oraz może i kogoś wokół mnie zarazić pozytywnymi myślami. czasem jest ciężko po całym trudnym dniu wyłuskać jakiś element, który dał nam chociaż wewnętrzny uśmiech. ale życie jest takie krótkie i choć nie żyjemy na wzgórzach Kalifornii w ekskluzywnej posiadłości, cieszmy się nim!

oto styczniowe radostki:
1. muzyczna lista wszech czasów – radio trójka. w domu rodzinnym  słuchałam rokrocznie.  od dwóch lat wracam do tego zwyczaju.  polecam – same hity.  muzyczna podróż do przeszłości
2. sen zmorzył mnie po godzinie 20
3. ugotowanie pysznego obiadu
4. dodatkowe dwa dni wolnego mojego męża
5. rozpoczęcie projektu p i e r w s z a  k s i ą ż k a
6. gwiezdne wojny w końcu nas dopadły i nie mam nic przeciwko
7. stworzenie swojej pierwszej badawczej ankiety
8. uśmiech Tosi,  gdy jechała pierwszy raz na sankach
9. Tosia pięknie zjadła ugotowany przeze mnie obiad
10. pierwszy escape room zaliczony
11. zakupy ubraniowe bez wyjścia z domu (i nie przez internet)
12. gorąca kąpiel z książką
13. leniwe popołudnie spędzone na turlankach z Tosią
14. analiza ankiety
15. wieczór spontanicznych odwiedzin
16. miły wieczór z J, M, M
17. widok Tosi jedzącej łyżką i widelcem zawsze mnie rozczula
18. domowa współpraca z mężem (posprzątane, ugotowane)
19. obejrzany wspólnie z mężem film „zjawa”
20. przyjęcie mnie poza kolejnością przez laryngologa (miałam skierowanie)
21. wesołe party tupp
22. wywiad z panią R.
23. popołudnie u siostry, wieczór z „młodością”
24. odwiedziny M, P
25. smak dzieciństwa – pączki angielskie
26. wiwat kopytkomania – wiwat kwadratowe kluski!
27. długa rozmowa w aucie z D
28. ugotowanie 3 obiadów, z których Tosia nic nie zjadła.  myśl,  że pomimo 3 pełnych garów, na drugi dzień znów trzeba gotować.  to nawet zabawne.
29. poranny spacer w słońcu
30. krótki taniec z Tosią i rodzicami
31. dobre tupp wiadomości

od grudnia wprowadzam zdrowe nawyki w mojej kuchni.  dużo warzyw,  białka,  mało węglowodanów :-) regularne posiłki. jedzenie sprawia mi radość,  uwielbiam poznawać nowe smaki,  tym bardziej cieszę się,  że zdrowo też może oznaczać smacznie.  w tym miesiącu wypróbowałam dużo fajnych przepisów (choć nie wszystkie mega zdrowe) m.in.:
polędwiczki z suszonymi pomidorami
polędwiczki w sosie musztardowym z pieczarkami
schab w sosie z porem i marchewką
sos a’la uncle bens (lepszy!)
sałatka z grillowanym łososiem
sałatka ze szpinaku, buraków i pomarańczy
rolada wołowa ze szpinakiem
domowa chałwa (lepsza!)
domowy serek topiony
szarlotka sypana
ciasteczka owsiane z jabłkiem
pączki angielskie z serkiem brzoskwiniowym
czekolada na gorąco

udało się? zainspirowałam kogoś na luty? :-)

ps. jeśli macie ochotę na jakiś przepis,  dajcie znać,  wrzucę linka :-)
ps.2. biały jest również nowy szablon bloga.  jak się podoba ten czysty minimalizm?:-)

Dwunasty!

jestem dumna.  napisałam założone, na początku roku 2015, rozdziały na blogu. biorąc pod uwagę wcześniejszą nieregularność, to duży postęp.  zamierzam to utrzymać. 

mam w głowie plany i postanowienia,  ale pozostaną póki co w prywatnej sferze,  w myśl powiedzenia, że jak chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. poza tym zawsze należy mieć margines spontaniczności. i tak jesteście w miarę na bieżąco, więc będę informować o postępach ;-)

w 2016 spodziewam się zmian w życiu zawodowym i przygotowuję się do nich z ciekawością. ostatnio wspomniałam o swoich planach i co? w ciągu miesiąca pojawiły się kolejne dwie możliwości,  tak więc,sama jestem ciekawa,  co z tego wyjdzie.

to był stabilny rok,  ufam,  że i ten będzie.  przede wszystkim zdrowy, przyjazny i pełen jedności.  życzę tego nam wszystkim. dobranoc kochani,  szczęśliwego nowego roku 2016 :*

Jedenasty część druga

miesiąc dość zajęty. ciekawy, ale momentami trudny. pełen trudnych kwestii do przemyślenia. dylematy, dotyczące dalszej ścieżki zawodowej. to ciężki dla mnie post. pewnie go będę pisać kilka dni.

kiedyś marzyłam o byciu dentystą, a nawet prawnikiem. niespokojny duch podsunął pomysł o dziennikarstwie. byle nie siedzieć w jednym miejscu,  byle się coś działo.  polonistka odradzała mi polonistykę. a ja poszłam. już na pierwszym roku żałowałam, że nie wkuwałam biologii do matury i nie poszłam na położną. ale zawsze w sobie miałam poczucie, że skoro podjęłam jakąś decyzję, to należy się tego trzymać,  nie żałować.  nasze życie składa się z dylematów (moje motto) i ponosimy konsekwencje swoich wyborów. każde  doświadczenie czegoś uczy i tym podobne mądrości.  wiem, że zabrakło mi jaj,  wybrałam wygodę,  ten mój slow life powoli się odzywał. 

wiem,  że zamiast wyjeżdżać za granicę co lato i zapieprzać jako kelnerka, by mieć kasę na swoje wydatki, mogłam robić staże, które pomogłyby mi po studiach. na 5 roku pracowałam w fajnym miejscu,  z fajnymi ludźmi,  choć za grosze.  i pewnie wszystko potoczyłoby się dobrze zawodowo, ale kłopoty, które spadły na D., jak grom z jasnego nieba, spowodowały, że błyskawicznie bardzo dobrze obroniłam magistra i dzień po obronie już leciałam do niego do Irlandii. i tam w ogóle osiągnęłam slow life choć na początku moje niespełnione ambicje doprowadzały mnie do płaczu.  zrozumiałam jednak dzięki temu wyjazdowi,  że kariera to nie wszystko, ważniejszy jest życiowy spokój, a praca ma być środkiem.

po powrocie z emigracji długo czasu minęło nim stanęłam na nogi w polskim standardzie.  młodsi ode mnie przez ten czas, kiedy byłam za granicą,  zdążyli skończyć studia,  dostać pracę i  awansować. ja zaczęłam od początku.  przeszłam tyle rozmów o pracę,  że spokojnie sama mogłabym rekrutować, niestety doświadczenie mam z niewłaściwej strony biurka…  gdy w pewnym momencie myślałam, że los do mnie się uśmiechnął,   zostałam chamsko wykorzystana. nigdy tej lekcji nie zapomnę. trafiłam więc do handlu, a przyznaję, że smykałkę do tego zawsze miałam.  i wiecie co?  lubiłam swoją pracę,  pomimo,  że nie można jej określić w dzisiejszych standartach jako ambitną. oczywiście,  stres,  częsta niesprawiedliwość i  nierzadko mobbing to jedno z oblicz takiej pracy,  ale ze swoim charakterem i wcześniejszym doświadczeniem z ciężkimi szefowymi, utrzymałam się właściwie do końca istnienia firmy.  w połowie mojej ciąży firma plajtła i zostałam znów z poczuciem, że ponownie będę zaczynać od nowa.

jestem osobą,  która nigdy nikomu nie zazdrości w taki zawistny sposób. jedynie, gdy ktoś nie ma klasy, traktuje innych z buta i patrzy z góry, ocenia, to też zaczynam go źle oceniać. bo to,  że jest w danym miejscu na danym stanowisku złożyło się wiele czynników, a szacunek do innych powinien być zawsze.  ja oceniam ludzi po tym jacy są,  a nie po tym jakie stanowisko zajmują. mam gdzieś,  czy ktoś oceni mnie jako mało ambitną osobę czy taką,  która mierzyła wysoko a skończyła w sklepie. serio. nie wiemy, co nas czeka jutro, czy będzie wojna, czy dotknie nas choroba, praca jest nam potrzebna, by mieć pieniądze. dziś są pieniądze,  jutro może ich nie być. nie wiadomo jakie umiejętności przydadzą się jutro,  by się odnaleźć w zmieniającej się rzeczywistości.  emerytura? sami wiecie jak jest.  jedynie zastanawia mnie to,  czy gdy moja córka pójdzie do szkoły i gdy przed nauczycielami czy koleżankami wyjdzie temat „kim są moi rodzice”, to czy będzie mogła o nas powiedzieć coś z dumą,  czy będzie rozumieć moją filozofię,  by w życiu móc czerpać radość z życia, przekuwać ją w mądrość niezależnie od zawodu? tak postaramy się ją wychować, by zrozumiała nas i naszą drogę…

w moim pojęciu slow life, to późniejsze dochodzenie do wniosków w kwestii np. zawodowej. jedni łapią chwilę,  ryzykują, odnoszą sukcesy bądź porażki.  mówią,  że to będzie dobre, ja też mówię,  że to jest dobry pomysł,  ale ciągle brakuje tego czegoś,  by w końcu zadziałać. dużo by pisać na temat wszystkich „ale”, które poddaję analizie. a teraz jest przecież dobry moment, bo macierzyński się skończył,  nie mam gdzie wracać,  a zależy mi na elastycznych godzinach,  ze względu na Tosię. mam ciągły dylemat,  czy jednak wrócić do zwykłej pracy. w byłej branży mam otwartą drogę i jeszcze mogę wrócić. z jednej strony mieć stałą kasę,  mieć czas na zdrową tęsknotę za dzieckiem, dać Tosi pooddychać od mamy,  ale i żyć w większym biegu,  mieć mniej czasu. czy spróbować założyć własną firmę,  choć choruję, gdy mam coś załatwiać w urzędzie, szczególnie skarbowym i zusie. ten kraj nie sprzyja prywatnym firmom a już kobietom prowadzącym biznes to wcale.  ale główkowałam ostro i wpadłam w końcu na pomysł.  a nawet na dwa i drugi wyparł pierwszy. pierwszy jest związany z kosmetyką, jest coraz bardziej na topie i jest to dobry moment na rozwój tej gałęzi,  ponieważ za jakiś czas może być w tym już duża konkurencja.  drugi pomysł zrodził się z analizy moich atutów, odpowiedzi na pytanie w czym jestem dobra, czy na rynku pracy jest dla mnie inna praca niż w handlu?  nie. nikt mnie nie przyjmie do pracy takiej jak chcę,  w której byłabym na pewno dobra, bez udokumentowanego doświadczenia. więc takie stanowisko muszę sobie stworzyć sama. i muszę wykorzystać narzędzia,  które już w domu są i do nich dokupić resztę.  z pieniędzy z dotacji. jeśli się uda, to zobaczymy co z tego wyniknie :-) może rozkręci się w coś fajnego,  a jeśli nie,  nic się nie stanie, dołączę do moich ludzi z ME… ;-) jeśli będzie jeszcze na to szansa ;-)

gratuluję jeśli dotrwaliście do końca ;-) jestem ciekawa Waszej drogi, Waszych przemyśleń,  jeśli się wstydzicie otworzyć się na fb, to poproszę o komentarze tutaj. buziaki :*

Jedenasty część pierwsza

rzadko opisuję coś na bieżąco,  nie mam czasu albo chcę do danego wydarzenia wytworzyć w sobie pewien dystans,  by zobaczyć,  co tak naprawdę utkwiło mi w pamięci. tym razem będzie inaczej. zastanawiacie się zapewne,  co ta słupiankowa znowu wymyśliła,  że znalazła się na warsztatach kulinarnych u Kingi Paruzel ;-)
w życiu pewne wydarzenia pojawiają się w odpowiednim momencie.  po prostu wiemy,  że wszystko składa się w całość. i wyobraźcie sobie, że cały tydzień przez moją głowę  przechodziły tak ważne dla mnie sprawy, że powodowały ból głowy wieczorami a teraz nawet chorobę (od dzieciństwa każde ważne wydarzenie w moim życiu okupuję  wysoką gorączka i chorobą).  w kolejnej notce skupię się właśnie na tym. póki co napiszę tyle, że Kinga Paruzel swoją historią podsumowała moje przemyślenia, wypowiedziała na głos wszystko to,  co w mojej głowie siedzi. 
by nie było zbyt patetycznie, wrzucam luźny ton,  który chyba najbardziej lubicie?  ;-)

za torami, leśnymi ścierzynami, wśród radzionkowskich pól stoi intrygujący szklany dom.  w siedzibie sweet decor cukiernicy mogą zakupić fantazyjne elementy, potrzebne do stworzenia słodkich dzieł oraz mogą wziąć udział w kreatywnych szkoleniach.
nie spotkałyśmy się jednak z Kingą, by tworzyć wymyślne cuda z masy cukrowej, zresztą wydaje mi się,  że po takich warsztatach pewnie umiałabym ulepić jedynie zgrabny krzyżyk,  z którym posłano by mnie do domu z błogosławieństwem: idź dziołcha i nie grzesz więcej,  a już na pewno nie dotykaj masy cukrowej…
Kinga zaprosiła mnie i 14 innych dziewczyn na warsztaty świąteczne,  a biletami były dla nas nasze kuchenne wpadki z przeszłości. moim biletem okazało się spalone ciasto drożdżowe, które zwęgliło się zanim wstawiłam je do piekarnika. inna dziewczyna odcedzała rosół,  przelewając go prosto do zlewu, inna przez 5 h ładowała mięso z sosem do makaronu penne, myśląc,  że to cannelloni ;-)
przyznaję, że grupa została dobrana idealnie. same radosne dziewczyny,  z podobnym poczuciem humoru, każda inna,  z różnych stron kraju i europy (tak! specjalnie na warsztaty przyleciała dziewczyna z Norwegii, inna z Holandii). nie było ważne,  że jedna była studentką farmacji, inna ma przejąć biznes kamieniarski, inna sprzedaje kotwice a kolejna jest dentystką. to była naprawdę zgrana grupa! a żeby tego było mało,  wygrała też moja koleżanka,  więc pojechałyśmy razem pichcić.
Kindze partnerował Waldek z firmy Jan Niezbędny, siostra fotografka z pięknego zakładu z tradycjami Foto Melcer oraz oczywiście jej menadżer a zarazem mąż Adam.
do naszej dyspozycji miałyśmy stanowiska jak w masterchefie, z pełnym wyposażeniem, z Kasią oczywiście zajęłyśmy miejsca z przodu, by nic nie umknęło naszej uwadze ;-)
Kinga twierdziła, że bardzo się stresuje, czego nie było widać,  odpowiadała nam na wszystkie pytania, opowiedziała nam swoją historię o programie masterchef (zajęła w pierwszej edycji drugie miejsce – jak dla mnie oczywiście pierwsze ;-)), dała nam wiele cennych wskazówek i razem z nią upiekłyśmy korzenną pavlovą z pomarańczami i serkiem maskarpone, fit tartę z musem czekoladowym oraz aromatyczny przepyszny keks. dekrowałyśmy też pierniczki,  zjadłyśmy pyszny obiad i wyszłyśmy z kartonami pod pachą pełnych pyszności, podarków od Jana Niezbędnego i największym skarbem czyli książką Kingi „Nie….zwykła kuchnia” z dedykacją :-)
każda z nas czuła się w towarzystwie Kingi mega swobodnie, nie było grama dystansu a nasze wrażenia przebiły zdecydowanie oczekiwania.
Kingo, Ciebie nie da się nie lubić,  jesteś świetna i dziękuję,  że dodałaś swoją cegiełkę w moją pewność siebie :-)