piżdżący jaskrawością

nie umiem siąść do tego listopada. nie był zły, minął szybko, mniej dotkliwy niż październik, o dziwo. a tu już 3 dzień grudnia niemal za mną, a ja szukam wymówek, by listopada jeszcze nie opisywać. nawet nie wiem jaki kolor do niego dopisać. nie chcę, by był bezbarwny. przekornie nadaję mu piżdżacy odcień. taki, który wali po oczach, pisząc prosto. by nie odszedł w zapomnienie :-)

potrzebuję nowego wyzwania od stycznia. blogowego wyzwania. proszę więc Was o pomysły. oczywiście realne ;-) liczę na Was :-)

oj luty luty, przyniosłeś mi gluty. choć to nie luty tylko listopad. i nie mi, tylko Tosi. bite dwa tygodnie pogoni ze swoim dzieckiem z odkurzaczem i kroplami po mieszkaniu. tego jeść nie, tamtego też nie. 2 tygodnie a jakby 2 miesiące. znacie to napewno. pod nosem pobłażliwie skomentujecie po raz wtóry: małe dzieci mały problem, duże dzieci duży problem. cóż tam katar w obliczu poważnych chorób? ale i tak twierdzę, że katar u dziecka to zło.

szybkie odwiedziny rodziny, urozmaiciły ten listopad. dziękujemy za miły weekend :-) <3 mogłam popisać się kulinarnie. lubię te moje zrywy kulinarne, choć nie są za częste, więc może dlatego je lubię.

pierwsza konkurencja w okolicy się pojawiła. na dodatek moja klientka. wiedziałam, że predzej czy później do tego dojdzie, ale jak się od miesięcy pracuje samemu nad tym, by świadomość o marce i możliwościach wzrastała na terenie, gdzie wcześniej nikt się tym poważnie nie zajmował, to się człowiek irytuje na myśl, że ktoś może mieć łatwiej i na dodatek na Twoich „plecach” coś swojego ogarnia (kurde, to zdanie jest naprawdę złożone). pamiętajcie, byłam pierwsza, a bursztynowa fake bake jest jedna ;-) nie byłabym sobą, gdyby coś takiego mnie na dłużej zdołowało. wprost przeciwnie – mam jeszcze więcej pomysłów i wraz z nowym rokiem zamierzam zrobić kolejny krok do przodu!

zgłosiłam się do dwóch metamorfoz, w żadnej mnie nie przyjęli, pomimo, że oczami wyobraźni widziałam się już jak w wyciskam poty, płaczę wraz z każdym utraconym kilogramem i na nowo staję się szczupłą dwudziestką (taką z 10-letnim stażem ;-)). wnioski mam dwa. albo jeszcze nie jest ze mną tak źle. albo jest tak źle, że nie są w stanie mi pomóc. póki co, za radą, piję m.in. jakże zdrowy młody jęczmień, o smaku szpinakowej ziemi, 3 razy dziennie. jest postęp, bo najpierw piłam w zakręconym słoiku przez słomkę, teraz już normalnie, przyzwyczaiłam się :-)

ok wpis powyższy do górnolotnych nie należy i może taki miał być :-) w końcu tytuł zobowiązuje ;-)

miłego grudnia, widzimy sie w nowym roku <3 niech rodzinne szczęście Was w święta nie opuszcza!