Burgundowy

wrzesień był miesiącem sprzeczności. aura przepiękna i gorąca. mój nastrój wahadłowy. oprócz radości, spełnienia, sympatii i zaskoczenia były momenty zwątpienia, lęków, dużych nerwów i stanów depresyjnych.

pomimo obaw, klientek mi nie brakowało w zeszłym miesiącu. klientki mam naprawdę cudowne. taka wizyta sprawia mi dużo radości i zawsze jestem ciekawa kogo poznam i jak nam się będzie rozmawiało. na szczęście nie mam problemów z pracą z ludźmi i wcześniejsze doświadczenie uodporniło mnie na niektóre zachowania ;-) np. na to, że przez miesiąc dostaję wiadomości od kogoś, 1000 pytań, które każdy ma prawo zadać a ja cierpliwie bezproblemowo odpowiadam, ustalamy termin a potem dzień przed (dzięki, że jest to dzień przed, bo u koleżanek po fachu bywa i później) ktoś się wycofuje, bo coś tam coś tam ;-) to jest w każdej dziedzinie, w kosmetyce na pewno częściej, bo ktoś się napali a potem jednak zaczyna myśleć i rezygnuje ;-) nic to. dlatego dziękuję bardzo wszystkim tym, które mi ufają nawet przy takich ważnych okazjach jak WŁASNY ŚLUB <3 dzięki tej pracy odzywa się do mnie wiele moich koleżanek z uczelni, które w pełni mnie wspierają, pomimo całkowitej zmiany zawodu przeze mnie! i UFAJĄ! naprawdę to bardzo dużo dla mnie znaczy :*

z trasą na Sosnowiec jestem już całkowicie pogodzona, w przyszłym tygodniu czeka mnie kolejne duże wyzwanie z dojazdem, ale czego się nie robi dla dobrych ludzi :-)

wracając do pogody, która była absolutnie perfekcyjna poza jednym elementem – zmutowane komary nadal szukają ofiar, pomimo, że jest już październik. moje biedne dziecko wiecznie pogryzione, obawiam się, że może mieć na nie uczulenie tak jak ja.

jestem ogólnie w szoku, że Tosia tak się zmieniła, odkąd zmieniła kod z jedynki na dwójkę. spać chce z nami, drzemka w ciągu dnia zdarza się naprawdę sporadycznie, zaczyna płakać, gdy wychodzę bez niej lub ją zostawiam (nie zawsze, ale zdarza się). histerie odprawia mi szczególnie, gdy idę z nią do domu, przez co wstyd mnie pali jak idę z nią pod pachą przez te 3 piętra a ona się drze… fakt mam słabe nerwy i szybko się denerwuję. źle mi z tym. pomysły ma coraz ciekawsze, więc tym bardziej moja uwaga powinna być skupiona, bo potem płacę stratą np. ukochanej szminki (niezwykle trwałej i wydajnej. pokryła ciało mojego dziecka na pewno w połowie, nieźle poradziła sobie również z pościelą i wersalką, którą szorowałam płynem do dywanów). o próbie zamknięcia mnie na balkonie już wspominałam na fb ;-) rozgadane jest to nasze dziewcze mocno i z trwogą oczekuję czasu, gdy zacznie mówić całkiem wyraźnie. rozśpiewana jest też. podbija serca sąsiadków, którzy na widok jej rozbrajającego uśmiechu i głośnego czeeeść rozpływają się w zachwytach: jaka ona słooodka i grzeeeeczna ;-) mnie też przez większą część życia uważano za niewiniątko, więc liczę, że i później Tosia przynajmniej na starcie będzie robić dobre wrażenie ;-) uwielbiam nasze przytulaski, tuli się, całuskuje, to jest cudowne! <3 z innych kwestii, to już miesiąc jesteśmy na krowim mleku :-)

w tym miesiącu odwiedziła mnie moja stara znajoma. nie widziałyśmy się z 8 lat. poznałyśmy się w niemczech, na naszym studenckim obozie przetrwania. 2 sezony przepracowane razem mocno nas połączyły. potem widziałyśmy się na śląsku, jeszcze studiowałam, później dopiero w Dublinie. no i teraz znów mnie odwiedziła. na co dzień nie rozmawiamy, nie piszemy. ale to osoba, z którą pomimo upływu lat nie czuje się różnicy. choć duże zmiany w jej życiu zaszły i aktualnie zachodzą, dlatego i rozmowa z nią była inna. powiedzmy, że bardziej… duchowa. jej pobyt wywrócił moje samopoczucie do góry nogami i musiałam trochę po nim dochodzić do siebie. cieżko ocenić, czy było to dla mnie pozytywne doświadczenie czy nie. pewnie dojdę do tego z czasem.

później wyjechałam z drużyną tupperware do karpacza. zjazd tym razem był w hotelu gołębiewski, który położony jest w przepięknym miejscu, z wyciszającym widokiem na śnieżkę <3 sam hotel – moloch. z całego kraju przyjechało 600 osób na zjazd, a ja nie napotykałam ludzi na korytarzu, prowadzącym do pokoju. na plus położenie, różnorodność jedzenia (do teraz mam fazę na smak ich jajecznicy ;-)) bufet obejmował niemal wszelkie upodobania gastronomiczne, łącznie z sushi, małżami, langustynkami, krewetkami itp. w parku wodnym oczywiście poszalałyśmy, Tosia miałaby tam raj :-) na konferencji zaszczycił nas Pascal Brodnicki, który wspominał swoją babcię, która też byłą gospodynią party tupperware oraz zaprezentował przełomowy produkt. rozwiązał również konkurs na masterchefa tupperware, żałuję, że nie wzięłam w nim udziału. bal oznaczał dla naszej grupy kolor pomarańczowy, dlatego wszystkie miałyśmy dodatki w tym kolorze. sztab postarał się o fajny, zabawny pokaz magii. były też i łzy w oczach, gdy wybrano najlepszą konsultantkę w tupperware z ostatniego roku. jej historia, to niemal scenariusz filmu na poziomie „joy” z Jennifer Lawrence. z radosnych elementów, to miałam fazę na tańce typu „hopa hopa” ;-) w sobotę powrót krętymi drogami (to akurat minus), przez które łatwo było o chorobę loko ;-)

wrzesień, to był miesiąc sprzeczności, ciekawych rozmów i nawet zaskoczenia na sam koniec :-) życie jest nieprzewidywalne.

trzymajcie się wierni czytelnicy <3

Jedno przemyślenie na temat “Burgundowy

  1. Pozytywne doświadczenie. Każde takie wydarzenie coś wnosi do naszego życia. Tylko, że często wnioski przychodzą dużo dużo później.
    A Tosia, cóż… pewno nie raz czytałaś o buncie dwulatka. Tak tak, to nie jest wymysł, to istnieje. I niestety nie prędko się kończy. Dacie radę. Grunt to współpraca. I chowanie swoich kosmetyków przed dziećmi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>