Jedenasty część druga

miesiąc dość zajęty. ciekawy, ale momentami trudny. pełen trudnych kwestii do przemyślenia. dylematy, dotyczące dalszej ścieżki zawodowej. to ciężki dla mnie post. pewnie go będę pisać kilka dni.

kiedyś marzyłam o byciu dentystą, a nawet prawnikiem. niespokojny duch podsunął pomysł o dziennikarstwie. byle nie siedzieć w jednym miejscu,  byle się coś działo.  polonistka odradzała mi polonistykę. a ja poszłam. już na pierwszym roku żałowałam, że nie wkuwałam biologii do matury i nie poszłam na położną. ale zawsze w sobie miałam poczucie, że skoro podjęłam jakąś decyzję, to należy się tego trzymać,  nie żałować.  nasze życie składa się z dylematów (moje motto) i ponosimy konsekwencje swoich wyborów. każde  doświadczenie czegoś uczy i tym podobne mądrości.  wiem, że zabrakło mi jaj,  wybrałam wygodę,  ten mój slow life powoli się odzywał. 

wiem,  że zamiast wyjeżdżać za granicę co lato i zapieprzać jako kelnerka, by mieć kasę na swoje wydatki, mogłam robić staże, które pomogłyby mi po studiach. na 5 roku pracowałam w fajnym miejscu,  z fajnymi ludźmi,  choć za grosze.  i pewnie wszystko potoczyłoby się dobrze zawodowo, ale kłopoty, które spadły na D., jak grom z jasnego nieba, spowodowały, że błyskawicznie bardzo dobrze obroniłam magistra i dzień po obronie już leciałam do niego do Irlandii. i tam w ogóle osiągnęłam slow life choć na początku moje niespełnione ambicje doprowadzały mnie do płaczu.  zrozumiałam jednak dzięki temu wyjazdowi,  że kariera to nie wszystko, ważniejszy jest życiowy spokój, a praca ma być środkiem.

po powrocie z emigracji długo czasu minęło nim stanęłam na nogi w polskim standardzie.  młodsi ode mnie przez ten czas, kiedy byłam za granicą,  zdążyli skończyć studia,  dostać pracę i  awansować. ja zaczęłam od początku.  przeszłam tyle rozmów o pracę,  że spokojnie sama mogłabym rekrutować, niestety doświadczenie mam z niewłaściwej strony biurka…  gdy w pewnym momencie myślałam, że los do mnie się uśmiechnął,   zostałam chamsko wykorzystana. nigdy tej lekcji nie zapomnę. trafiłam więc do handlu, a przyznaję, że smykałkę do tego zawsze miałam.  i wiecie co?  lubiłam swoją pracę,  pomimo,  że nie można jej określić w dzisiejszych standartach jako ambitną. oczywiście,  stres,  częsta niesprawiedliwość i  nierzadko mobbing to jedno z oblicz takiej pracy,  ale ze swoim charakterem i wcześniejszym doświadczeniem z ciężkimi szefowymi, utrzymałam się właściwie do końca istnienia firmy.  w połowie mojej ciąży firma plajtła i zostałam znów z poczuciem, że ponownie będę zaczynać od nowa.

jestem osobą,  która nigdy nikomu nie zazdrości w taki zawistny sposób. jedynie, gdy ktoś nie ma klasy, traktuje innych z buta i patrzy z góry, ocenia, to też zaczynam go źle oceniać. bo to,  że jest w danym miejscu na danym stanowisku złożyło się wiele czynników, a szacunek do innych powinien być zawsze.  ja oceniam ludzi po tym jacy są,  a nie po tym jakie stanowisko zajmują. mam gdzieś,  czy ktoś oceni mnie jako mało ambitną osobę czy taką,  która mierzyła wysoko a skończyła w sklepie. serio. nie wiemy, co nas czeka jutro, czy będzie wojna, czy dotknie nas choroba, praca jest nam potrzebna, by mieć pieniądze. dziś są pieniądze,  jutro może ich nie być. nie wiadomo jakie umiejętności przydadzą się jutro,  by się odnaleźć w zmieniającej się rzeczywistości.  emerytura? sami wiecie jak jest.  jedynie zastanawia mnie to,  czy gdy moja córka pójdzie do szkoły i gdy przed nauczycielami czy koleżankami wyjdzie temat „kim są moi rodzice”, to czy będzie mogła o nas powiedzieć coś z dumą,  czy będzie rozumieć moją filozofię,  by w życiu móc czerpać radość z życia, przekuwać ją w mądrość niezależnie od zawodu? tak postaramy się ją wychować, by zrozumiała nas i naszą drogę…

w moim pojęciu slow life, to późniejsze dochodzenie do wniosków w kwestii np. zawodowej. jedni łapią chwilę,  ryzykują, odnoszą sukcesy bądź porażki.  mówią,  że to będzie dobre, ja też mówię,  że to jest dobry pomysł,  ale ciągle brakuje tego czegoś,  by w końcu zadziałać. dużo by pisać na temat wszystkich „ale”, które poddaję analizie. a teraz jest przecież dobry moment, bo macierzyński się skończył,  nie mam gdzie wracać,  a zależy mi na elastycznych godzinach,  ze względu na Tosię. mam ciągły dylemat,  czy jednak wrócić do zwykłej pracy. w byłej branży mam otwartą drogę i jeszcze mogę wrócić. z jednej strony mieć stałą kasę,  mieć czas na zdrową tęsknotę za dzieckiem, dać Tosi pooddychać od mamy,  ale i żyć w większym biegu,  mieć mniej czasu. czy spróbować założyć własną firmę,  choć choruję, gdy mam coś załatwiać w urzędzie, szczególnie skarbowym i zusie. ten kraj nie sprzyja prywatnym firmom a już kobietom prowadzącym biznes to wcale.  ale główkowałam ostro i wpadłam w końcu na pomysł.  a nawet na dwa i drugi wyparł pierwszy. pierwszy jest związany z kosmetyką, jest coraz bardziej na topie i jest to dobry moment na rozwój tej gałęzi,  ponieważ za jakiś czas może być w tym już duża konkurencja.  drugi pomysł zrodził się z analizy moich atutów, odpowiedzi na pytanie w czym jestem dobra, czy na rynku pracy jest dla mnie inna praca niż w handlu?  nie. nikt mnie nie przyjmie do pracy takiej jak chcę,  w której byłabym na pewno dobra, bez udokumentowanego doświadczenia. więc takie stanowisko muszę sobie stworzyć sama. i muszę wykorzystać narzędzia,  które już w domu są i do nich dokupić resztę.  z pieniędzy z dotacji. jeśli się uda, to zobaczymy co z tego wyniknie :-) może rozkręci się w coś fajnego,  a jeśli nie,  nic się nie stanie, dołączę do moich ludzi z ME… ;-) jeśli będzie jeszcze na to szansa ;-)

gratuluję jeśli dotrwaliście do końca ;-) jestem ciekawa Waszej drogi, Waszych przemyśleń,  jeśli się wstydzicie otworzyć się na fb, to poproszę o komentarze tutaj. buziaki :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>