półtora miesiąca później

sznur sobie popuszczę, to od razu nie mogę sę zmobilizować, widzicie jaki ja mam okropny charakter? ;)

a jest co opisywać. oczywiście ja ze swoimi skrótami myślowymi nie mam zamiaru pisać epopei, szczególnie, że mój humor znacznie poprawił mi mój mąż, o czym na koniec. myślę, że Wam też poprawię nastrój ;)

27.02 przeszłam na post wg dr. Dąbrowskiej. nie wiem czy o nim słyszeliście, ale ostatnio zaczął być bardzo popularyzowany. ja nie miałam o nim pojęcia, dopóki moja siostra, chcąc sprowadzić mnie na dobrą drogę, zapisała mnie do grupy na facebooku, dotyczącej tego właśnie postu. z początku byłam sceptyczna i jak to ja miałam prześmiewcze myśli. ale forum i posty uczestników wciągnęły mnie jak w dobry serial. zgłębiałam więc temat, obserwując też moją siostrę – prawdziwy wzór, która przeszła post bez żadnego grzeszku, przeszła wychodzenie z postu i odżywia się w pełni zdroworozsądkowo. w końcu ja też ustaliłam termin i ja, która w życiu nie miała głodówki, zaczęłam. od razu zaznaczę, to nie jest dieta! spadek wagi, to skutek uboczny. post ma na celu usunięcie toksyn z organizmu, oczyszczenie go, uleczenie. otyłość również jest chorobą, więc naturalnie leczy i to. ja postanowiłam go przejść, by zmienić nawyki żywieniowe. nie będę się wymądrzać, odsyłam do źródeł, ale oczywiście jeśli będziecie mieć pytania, to śmiało, powiem, czego szukać. oczywiście marzeniem było przejść go cały czyli 6 tygodni. po tym czasie miało nastąpić 6 tygodni wychodzenia czyli stopniowe wprowadzanie produktów. pierwsze dwa dni, to była masakra dla mnie, ból głowy, zimno, jak tylko mogłam to spałam. 3-4 dzień jak ręką odjął. jak nowonarodzona! nie czułam już głodu, nic mnie nie bolało, energia wróciła. kryzys przyszedł w 7 dniu i trzymał kilka dni. potem znów przeszło, ale postanowiłam stanąć za pierwszym razem na 2 tygodniach i 2 tygodniach wychodzenia czyli 4 tygodnie. i dałam radę! a zaznaczę, że przez większość naprawdę jadłam nikłe ilości i w 90% surowe, bo od gotowanych i pieczonych mnie odrzucało. po 2 tygodniach -10 cm w pasie, -7 cm w biodrach, -4cm w udzie. po wychodzeniu waga stoi. teraz mam normalną dietę i jak mogę to jadę do Jagody (Jagoda Fitness) i ćwiczę razem z nią, nie ciągnie mnie do fast foodów ani do słodyczy. ale chleb kocham i serki. choć nie jem już białego chleba, to i tak jem go sporo. dlatego wrócę na post w czerwcu. bo po 2 tygodniach postu można do niego wrócić po 2 miesiącach. po pełnym poście dopiero kolejny za pół roku. polecam, ten post to była najlepsza rzecz jaką dla siebie zrobiłam od dawna. polecam!

i jak post zaczełam, to i w innych dziedzinach życia się poprawiło. i w związku (wraz z utratą kg staję się milsza hehe) i zawodowo. marzec to rozpoczęcie na nowo sezonu na opalanie natryskowe! bardzo się cieszę, że fajnie to rusza i poznałam już tyle fajnych osób, którzy tak jak ja to kochają :) oby tak dalej <3 żyję teraz trochę w niedoczasie, ale pogoda dopisuje, więc i z Tolą można fajnie dzień spędzać w dniach wolnych. a tak poza tym to ostatnio latam po urzędach i wierzcie mi, że nienawidzę tego robić serio. mam wrodzoną awersję do składania jakichkolwiek dokumentów, myślę, że to jakaś fobia ;)

moje dziecko powoli rozkręca się z mową, każdego dnia nowe słowo lub zdanie, choć w większości nadal uprawia swoją nowomowę, którą tylko ona rozumie i ja w pewnym procencie. ale przedstawia się pięknie:

jak masz na imię?

Antonina Tola!

jak coś chce, to musi być tego DUUUZIOOO! duzio wody w wannie, duzio napoju, dziś chciała duzie nowe buty.

jak jedziemy autem woła: Tola jedzie! a ja: z drogi śledzie!

rano wstaje z dwoma hasłami:

dzień! jest dzień! ……………..

chcę atolo!! ATOLO AAAATOOOLO! ostatnio słowo ewoluuje: atało!! już wiecie??

tak – chodzi o KAKAO!

no i dziennie magiczne zdanie: mamo, gdzie jedziemy?

a najbardziej słodkie zdanie, to: otuje mamo! Zawsze mi to mówi, gdy cokolwiek dla niej mam, coś jej daję lub zrobię. a oznacza to: DZIĘKUJĘ MAMO <3 kochana. gargamelica, ale kochana nasza.

no to teraz anegdota :-D

mój mąż wyskoczył dziś lepiej niż Filip z konopii  poszłam do łazienki umyć ręce a ten nagle podbiega, wylewając mi za koszulkę zimną wodę, krzycząc „a tak w ogóle to śmigus dyngus”! patrzę na niego, bo mnie zatkało mówię: co ty gadasz! on: no przecież jest 2 kwietnia! a ja: przecież śmigus dyngus jest w drugi dzień świąt wielkanocnych! Jest niedziela na dodatek! ! on: to czemu tam dzieci na dworze biegły z wiadrami?! oczywiście ja się tak rozchichotałam, że łzy mi ciekły po policzkach i nie mogłam się opanować chyba pół godziny! gdybyście widzieli jego minę, jak do niego dotarło co zrobił!  najlepsze jest to że nigdy nie lał mnie wodą w lany poniedziałek haha przypomniał sobie ni z gruchy ni z pietruchy, że kiedyś 2.04 był lany poniedziałek   ja do niego, że te dzieci to chyba do piaskownicy szły a nie z wodą. matko! już dawno mnie tak nie rozśmieszył!

konsekwentnie niekonsekwentna

i widzicie? po raz kolejny udowodniłam sobie tezę, dotyczącą bloga, że bez planu, to ja nie jestem konsekwentna. miałam pisać częściej, a znów mam z tym problem. ale dziś się wyspałam, „powiedzmy”, więc energii więcej. jak część z was widziała na facebooku pobudkę miałam ciekawą:

#córkaswojegoojca
budzę się rano, patrzę a w łóżeczku obok nie ma tosi. biegnę zobaczyć, czy nie siedzi w drugim pokoju i nie broi po cichu. nie ma jej. wołam tosia! damian nie ma tosi! damian się zrywa z łóżka i tym samym od strony okna na łóżku objawia się nam słodko śpiąca córka z wymazaną czekoladą twarzą… normalnie jakbym jej ojca widziała  ;-)
ps. spała do 9:30. nie wiem co robiła wcześniej ja chyba już od tych wszystkich nocy nieprzespanych straciłam przytomność…

chciałam tam jeszcze napisać to:

ten moment, kiedy twoje dziecko bije ci brawo, kiedy słyszy, że zrobiłaś siku… :-)

tak ostatnio mnie wspiera ;-)

mówi coraz więcej wyraźnie, choć i tak głównie po chińsku. nie potrafię rozkminić tylko jednego słowa o-iczi, które powtarza często, ale zaczynam wysnuwać teorię, że chyba jest słowem zamiennym na wiele innych, tak jak w śląskim mamy łonaczyć ;-)

uwielbia rozmawiać przez telefon, przegaduje nawet swoją ciocię ewelinę w tym temacie. przez telefon rzuca prawdziwymi rapsami. ostatnio wyszła z domu dopiero jak podałam jej telefon zabawkę z pepą i żordżem.

tola jest małą zapaśniczką, fajterką. szczególnie w konfrontacji z czterolatkami. nie odpuści im i walczy do upadłego. i jej kuzyn bartuś i kolega mati byli zaskoczeni jej atakami :-) ale oczywiście uwielbiają ją ;-)

ogólnie jak jest śmiesznie, tak bywa też tragicznie. mam teraz etap, że naprawdę nie czuję się dobrą matką. raczej nerwową, zmęczoną, bardzo niekreatywną i w ciągłym niedoczasie. cierpi na tym tosia, bo kiedy mam swoje codzienne obowiązki czy to zawodowe czy domowe, to musi się zająć sobą, a to odbija się na jej rozwydrzeniu. wierzcie mi, że odkąd mam do czynienia z jej buntem, to marzę o przeprowadzce. ale to nie miejsce na użalanki. byle do wiosny, bo więcej będziemy bywać poza domem. wkrótce też wniosek o przedszkole wyląduje w odpowiednich placówkach. więc jeśli ją przyjmą, to czeka nas duża zmiana od września. może będę spokojniejsza. choć pewnie też dużo chorób nas czeka. tak wiem.

polecam wam kolejkowo. niesamowite miejsce, w którym każdy się odnajdzie. tosia przeleciała jak burza, ale na szczęście był tam kącik dla dzieci, w którym wyskakała się z resztą dzieci. a my polowaliśmy z d. i aparatem na co ciekawsze sytuacje na makietach i mieliśmy frajdę, bo każdy z nas zwrócił uwagę na coś innego, równie ciekawego.

byliśmy też w końcu w palmiarni, ale niestety moje dziecko na tym etapie nie jest przystosowane do takiego typu miejsc. wrócimy jak podrośnie i przestanie uciekać. teraz tylko się denerwowaliśmy, zamiast zrelaskować. ale autostrada dla mrówek fascynująca!

muszę przyznać, że urodziny w tym roku miałam fajne. jakoś w ostatnich latach nie podchodzę do moich urodzin z entuzjazmem. kiedyś zawsze były udane, z emocjami, niespodziankami itd. od kilku lat marzę o wyjeździe gdziekolwiek na ten czas. ale w tym roku naprawdę miałam miły czas, jakoś z luzem wszystko i poukładane. także cieszę się, bo podniosły mnie te urodziny z dołka emocjonalnego :) byle do wiosny kochani!

po tygodniu

atakują newsem, że dziś blue monday czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. o przepraszam, blue monday to ja miałam tydzień temu. zresztą ostatni wpis chyba po części to pokazał. wiele z Was pytało mnie o nastrój i czy coś się dzieje.

uwierzcie, że nie wiem co się działo, ale z godziny na godzinę byłam coraz bardziej przygnębiona. drobiazgi, które zazwyczaj dają mi frajdę tym razem nie robiły na mnie wrażenia. wracając do domu wieczorem, ledwo powłóczyłam nogami. jak usiadłam na kanapie, to zwyczajnie się rozpłakałam. potem napisałam post. noc nie była lepsza. Tosi zdarzają się noce „paniczne”. płacze wtedy nie wiadomo czemu i ciężko ją uspokoić. i tamtej nocy też tak było. od 2 do 5. rano zadzwonił Tata. zmarł mój wujek a jego brat. o 2 zadzwoniono po karetkę, wczesnym rankiem odszedł. to dla nas bardzo smutna wiadomość, choć wiemy, że on jest szczęśliwy. to my musimy pogodzić się z faktem, że go już nie zobaczymy. na zawsze go będę pamiętać z tym dobrotliwym uśmiechem na twarzy i tymi błyskami radości w oczach. nie do końca odgadniony. nie do końca standardowy tryb życia. większość życia bardzo aktywny, zaangażowany, przez ostatnie lata naznaczony ciężką chorobą. gdy mówił, wszyscy słuchali. i to poczucie humoru, znak szczególny całego rodzeństwa. to mnie i Damianowi jako ostatnim w rodzinie udzielił ślubu. to on spokojnym głosem wyciszył moją panikę tamtego dnia. w lipcu ostatni raz go widziałam, zrobiliśmy mu rodzinną niespodziankę w jego urodziny. bardzo emocjonalnie przeżywał te rodzinne grupowe najazdy, dlatego były trochę ograniczane.. nasz kochany wujek. śp. ks. Leonard Knapik. http://katowice.gosc.pl/doc/3646014.Zmarl-ks-Leonard-Knapik

biję się z myślami czy kontynuować wpis. czy pisać o jakiś pomniejszych problemach. część się wyjaśniła, część przeszła do porządku dziennego. chyba nie. zakończę na tym. mam tylko pytanie. czy wolicie kilka pomniejszych wpisów w miesiącu czy jeden konkret na koniec miesiąca?… wiadomo, piszę to szczególnie dla siebie, ale i dla grona deklarującego stałe podczytywanie. stąd moje pytanie, bo częstsze i krótsze wpisy mogą gdzieś przemknąć niezauważone, a jeden konkretny wpis zawsze się pojawiał na przełomie starego i nowego miesiąca. aha i proszę nie wstawiajcie słów pocieszenia pod tym postem. będę wdzięczna. pozdrawiam czytających :*

 

Smog

urodziłam się na śląsku. ślasku, o którym kiedyś naukowcy powiedzieli, że tutaj życia być nie powinno. kocham śląsk, kocham te kopalnie, klimat, język i ludzi. to jest moje miejsce. ale! w tym roku się duszę. pierwszy raz w życiu wstrzymuję powietrze, bo się nie da. wdziera się ten smród w nozdrza i w głowie mam myśli, ile z tego gówna mam już w organiźmie. jakiś czas temu oglądałam „czy czeka nas koniec” (ang. before the flood) i strasznie zapadł mi w pamięć i serce. polecam każdemu, by poświęcił chwilę na obejrzenie tego dokumentu. tak, ludzie palą wszystkim co się da, na co ich stać bądź nie stać, starymi lakierowanymi meblami, jak sąsiedzi rodziców, gównem z pampersów, śmieciami itp. ok argument finansowy trudno podważyć, tylko że TO WSZYSTKO CO PUSZCZAMY Z DYMEM, WRÓCI SPOWROTEM W KOLEJNYCH POKOLENIACH! NASZE DZIECI, WNUKI TO ODCZUJĄ! i będą kląć na swoich rodziców, dziadków i pradziadów, że zgotowaliśmy im taki los!

sorry mam doła, dobijające informacje z sekcji finansów naszego domowego budżetu, awaria mojego sprzętu, a używam go dopiero 8 miesięcy, absurdy sądowe, chroniące cwanych tatusiów, kilka pomniejszych irytacji to wszystko powoduje, że smog odczuwam jeszcze dobitniej.

Pole elektromagnetyczne jakieś

oczywiście nie wiem czy pole,  ale tak to sobie nazwałam, bo jak inaczej określić niepokojące zjawiska, występujące w moim domu od paru dni?!

żarówka mi mryga w kuchni dziwnie pomimo że światło wyłączone.  nie wiem czy nadaje morsem jakieś znaki obcym czy co. rolety czasem nie ściągniemy, więc jak ktoś z bloku z naprzeciwka w nocy popatrzy przez okno, pijąc wodę,  to może się zlęknąć od tych mrygań nagłych i zakrztusić jeszcze.  niech żyje prowizorka, więc na razie działa jak w nocy lekko żarówkę odkręcimy.

odkurzacza od dwóch dni używać nie mogę,  bo tak mi korki wywala, że ogarnąć tego moim humanistycznym mózgiem nie mogę.  mąż jeszcze nie miał czasu sprawdzić odkurzacza, więc jak tak dalej pójdzie dywan będzie wyglądać jak wycieraczka z mnóstwem kudłów.

internetu nie mam.  siedzę na danych a robota na kompie stoi. serwis ma dziś przyjechać ogarnąć temat.  podobnie z domofonem. kurier mnie opierdzielił, że drugi raz jest i znów domofon nie działa.  i następnym razem on to pierdzieli. no no kochani kurierzy, wiem,  że niewdzięczną macie pracę,  ale wyżywać się na mnie nie pozwolę.  bo potem ciśnienie mi rośnie a w oku żyłki pękają.

a chcę być kobietą zen,  chodzącą oazą spokoju na oceanie ciszy i jak to tam dalej było? … :-)

Notatki o końcu roku

jest o czym pisać, tyle tytułem wstępu.

udało się w końcu dojechać na jarmark na niszkiszowcu. udało się w końcu pojechać do kina po dłuuugiej przerwie. i to dwa razy! rozpusta dla nas rodziców ;-) fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć oraz najnowsze star warsy. myślimy, że może jeszcze rok i Tosia również będzie mogła już poznać kino :-) ile miały lat Wasze dzieci, gdy pierwszy raz poszliście z nimi do kina? ja doskonale pamiętam moją pierwszą wyprawę do kina. miałam jakieś 5 – 6 lat. zabrał mnie tata na pana kleksa w kosmosie – cz.1 porwanie agnieszki ;-) to była nagroda za to, że byłam dzielna u dentysty. czy ja wiem czy byłam dzielna? to była też moja pierwsza wizyta. pamiętam starszego pana bez uśmiechu, z białymi wąsami, który bez zbędnych uprzejmości wyrwał mi ząb, od razu go wyrzucając. co spowodowało mój wielki płacz, gdyż chciałam mieć ząb na pamiątkę. ale kino ukoiło mój ból. oglądałam z zapartym tchem, a mój tata, siedząc obok pochrapywał ;-)

mikołaj minął, święta też. tosia była mega grzeczna, jak na nią. nasze mieszkanie zalały kolejne zabawki, które zaczynają przejmować terytorium. w sypialni został mi i D. już tylko kąsek łóżka. myślę, że w przeciągu tego roku nasze dziecko ze swoją świtą konsekwentnie nas z tego pokoju wykopie.

26 wieczorem zaczęła się nasza dramatyczna noc, obstawiamy, że po zjedzeniu przez nas (zrobionej przeze mnie rano) sałatki śledziowej. wierzcie mi, że wyleczyłam się ze śledzi, chrzanu i majonezu na długie miesiące. od 21 do 4 rano konsekwentnie i na zmianę ja i D. co 10 – 30 minut doznawaliśmy fizycznego bolesnego „katharsis”, Tośka na szczęście ledwie dwa razy i mega delikatnie (bo ona z tej sałatki tylko sos polizała). na drugi dzień mnie rozłożyła z tych przeżyć wysoka gorączka i dziękowałam za to, że Damian też został w domu. do życia wróciłam na kolejny dzień, w samą porę, bo przedsylwestrowe opalania fajnie się ułożyły i było co robić. oczywiście jak już ruszałam z prawie ostatniego punktu na liście w czwartek, widząc sie już z kubkiem herbaty w domu, zaryłam tyłem, tłukąc część klosza z lampy, ale na szczęście tylko to. oczywiście dla mojego męża to był powód do kłótni i tragedii życiowej na całe dwa dni. sylwestra spędziliśmy pierwszy raz bez Tosi, kameralnie na 11 piętrze wieżowca, z którego widoki na fajerwerki zostaną z nami chyba na zawsze, po prostu obłęd! przy okazji polecam świetną grę planszową „jak żyć panie premierze”, ale uwaga może Was wciągnąć na kolejne dwa lata ;-) my skapitulowaliśmy o 3 i jak to staruszki udaliśmy się w objęcia morfeusza.

2016 był dla mnie osobiście dobrym rokiem. jakoś tak na początku 2016 miałam poczucie, że ten rok będzie mój. że w momencie kiedy skończyłam macierzyński, potem okres zasiłku, to otwiera się przede mną wolna droga. miałam to szczęście, że mogłam sobie pozwolić na wybór. wspierana przez D. i przyjaciół postanowiłam złożyć wniosek o dotacje. z wniosku jestem dumna, bo tak go sprytnie rozgryzłam, że połączyłam w nim skrajnie odmienne działania, udowadniając, że mają szansę wszystkie działać. wniosek przyjęty, od maja mam swoją bursztynową. październik i listopad nie były lekkimi miesiącami, zobaczymy jak będzie teraz po nowym roku, ale póki co nie poddaję się i w głowie mam jeszcze dużo pomysłów na to, by się utrzymać. bo kiedy nie próbować jak teraz właśnie? na etat zawsze coś się znajdzie. od marca działałam jako menago tupperware, od października już nieco odpuściłam, ale oczywiście tupperki zawsze będą ze mną ;-) i bardzo dobre szkolenie dzięki nim przeszłam w tym roku. miałam też szczęście uczestniczyć w kolejnych rozpieszczających wyjazdach :-) spełniłam też swoje marzenie o drugim tatuażu i jest już ze mną, pod sercem od lutego/marca. oczywiście mam smaki na kolejne, lubuję się w maleństwach, ale oczywiście z moim mężem pewnie będę pertraktować kolejne 10 lat, o ile dożyjemy lub razem będziemy ;-) na wakacjach poza weekendem nigdzie razem nie byliśmy, ale zaliczyliśmy dużo okolicznych fajnych wycieczek i jeszcze sporo pomysłów na kolejne jest.  weselicho mieliśmy, a w tym roku zapowiedź kolejnego, fajnie, że nam się rodzina rozrasta i pokolenie stabilizuje ;-) z Tosią lekko nie ma, dwulatek naprawdę daje w kość, a ja z moją nerwicą oczami wywracam z niecierpliwości, ale widzę jak rośnie ten mały gargamel i łapię się za głowę, że jeszcze niedawno była taka maleńka, a mnie się wydaje, że to tak dawno było. i żal taki się czuje. z drugiej strony każdy etap jej wzrostu daje nowe radości i wyzwania, cieszę się, że jest z nami, dzięki niej się śmiejemy. a jak się tuli i daje całuski, to już w ogóle serce mięknie…

ps. nawiązując do ostatniego wpisu, chciałam sprostować w temacie mojej „fejkbejkowej konkurencji”:-) dogadałyśmy się i jest ok. każda pracuje na swoje konto, służymy sobie radą i pomocą. nie wchodzimy sobie w drogę. to tyle. pozdrawiam Olu ;-)

7 w dacie tego roku może zwiastować, że to szczególny rok może być. oby pozytywnie szczególny. w 2007 obroniłam magisterkę a dzień później siedziałam w samolocie do Irlandii i zamieszkałam z D. co szykuje nam 2017? mamy 12 miesięcy, by go poznać. wykorzystajmy ten rok dobrze. niech zdrowie nam sprzyja, bo jak jest się zdrowym, to ze wszystkim innym można sobie poradzić. choć to szczeście też niech nie opuszcza, bo znacie przysłowie o Titanicu. w każdym razie dla tych, dla których 2016 był dobry – niech 2017 nie będzie gorszy. dla tych, dla których był zły, niech ten im wszystko wynagrodzi. trzymajcie się i „do zaś”

piżdżący jaskrawością

nie umiem siąść do tego listopada. nie był zły, minął szybko, mniej dotkliwy niż październik, o dziwo. a tu już 3 dzień grudnia niemal za mną, a ja szukam wymówek, by listopada jeszcze nie opisywać. nawet nie wiem jaki kolor do niego dopisać. nie chcę, by był bezbarwny. przekornie nadaję mu piżdżacy odcień. taki, który wali po oczach, pisząc prosto. by nie odszedł w zapomnienie :-)

potrzebuję nowego wyzwania od stycznia. blogowego wyzwania. proszę więc Was o pomysły. oczywiście realne ;-) liczę na Was :-)

oj luty luty, przyniosłeś mi gluty. choć to nie luty tylko listopad. i nie mi, tylko Tosi. bite dwa tygodnie pogoni ze swoim dzieckiem z odkurzaczem i kroplami po mieszkaniu. tego jeść nie, tamtego też nie. 2 tygodnie a jakby 2 miesiące. znacie to napewno. pod nosem pobłażliwie skomentujecie po raz wtóry: małe dzieci mały problem, duże dzieci duży problem. cóż tam katar w obliczu poważnych chorób? ale i tak twierdzę, że katar u dziecka to zło.

szybkie odwiedziny rodziny, urozmaiciły ten listopad. dziękujemy za miły weekend :-) <3 mogłam popisać się kulinarnie. lubię te moje zrywy kulinarne, choć nie są za częste, więc może dlatego je lubię.

pierwsza konkurencja w okolicy się pojawiła. na dodatek moja klientka. wiedziałam, że predzej czy później do tego dojdzie, ale jak się od miesięcy pracuje samemu nad tym, by świadomość o marce i możliwościach wzrastała na terenie, gdzie wcześniej nikt się tym poważnie nie zajmował, to się człowiek irytuje na myśl, że ktoś może mieć łatwiej i na dodatek na Twoich „plecach” coś swojego ogarnia (kurde, to zdanie jest naprawdę złożone). pamiętajcie, byłam pierwsza, a bursztynowa fake bake jest jedna ;-) nie byłabym sobą, gdyby coś takiego mnie na dłużej zdołowało. wprost przeciwnie – mam jeszcze więcej pomysłów i wraz z nowym rokiem zamierzam zrobić kolejny krok do przodu!

zgłosiłam się do dwóch metamorfoz, w żadnej mnie nie przyjęli, pomimo, że oczami wyobraźni widziałam się już jak w wyciskam poty, płaczę wraz z każdym utraconym kilogramem i na nowo staję się szczupłą dwudziestką (taką z 10-letnim stażem ;-)). wnioski mam dwa. albo jeszcze nie jest ze mną tak źle. albo jest tak źle, że nie są w stanie mi pomóc. póki co, za radą, piję m.in. jakże zdrowy młody jęczmień, o smaku szpinakowej ziemi, 3 razy dziennie. jest postęp, bo najpierw piłam w zakręconym słoiku przez słomkę, teraz już normalnie, przyzwyczaiłam się :-)

ok wpis powyższy do górnolotnych nie należy i może taki miał być :-) w końcu tytuł zobowiązuje ;-)

miłego grudnia, widzimy sie w nowym roku <3 niech rodzinne szczęście Was w święta nie opuszcza!

Szary

październik był słaby. słaba pogoda, słaby ruch w interesie i w ogóle jakiś taki kolor szary wokół mnie.

jasnym elementem zdecydowanie jednak były finałowe przygotowania do wesela roku, no i finalnie wesele Kasi. jak zwykle to bywa, planowanie, ekscytacja trwa dłużej niż sama impreza. to niesamowite jak godziny szybko mijały i ani się nie obejrzeliśmy a wracaliśmy do domu a wesele stało się rodzinnym wspomnieniem. pomimo, że całe wydarzenie mnie stresowało, to już w dzień wesela czułam się całkiem dobrze, byłam wśród swoich, wśród bliskich. piękna i elegancka para młodych zadbała, by niczego gościom nie brakowało. widać, że są ze sobą szczęśliwi i rozumieją się. życzę, by było tak przez resztę ich wspólnego życia <3 hitem na weselu była fotobudka, dla dzieci to była niezwykła atrakcja, uśmialiśmy się z ich rekacji i wspólnych zdjęć. no i mój kuzyn Andrzej jak zawsze dołożył swoim zachowaniem do listy anegdotek weselnych. na moim weselu błyszczał angielskim wśród moich irlandzkich przyjaciółek, tym razem popisowym numerem była jego znikoma znajomość niemieckiego, ale jak się to mówi: chęci są najważniejsze. szczególnie o 5 rano. nagłe okrzyki po „niemiecku”, przerywane zaraźliwym dzikim chichotem. nawet mój mąż wybudził się z głośnym śmiechem, choć nie wiedział totalnie o co chodzi.

październik, to kulinarne jesienne smaki. rozgrzewające zupy, sosy i potrawki, sernik dyniowy z brownie mmm

październik, to mało spacerów wśród złotych liści. złotą jesień w tym miesiącu mieliśmy niezwykle ubogą. równowaga jednak zawsze musi być, w tym roku wrzesień był przepiękny, za to pogoda w październiku postanowiła chyba zwinąć się jak naleśnik i schować się w jakiejś szarejnagiejjamie.

ale była premiera Tosi na dwukołowym rowerku biegowym, na którym dotychczas „trenowała” w domu. radzi sobie coraz lepiej, bo jeszcze niedawno nie potrafiła go utrzymać, teraz już sobie chodzi, siedząc na nim, odpycha się. na wiosnę chyba już da czadu. nasz dzieć poza tym nie znosi się ubierać rozbierać, wychodzić z domu, potem do niego wracać, najpierw coś jeść, po czym tego nie chcieć, najpierw chce, by zapiać jej kurtkę, po czym jednak z rykiem zaznacza, że ona chce sama się zapiąć, jak jej się nie udaje, to coraz bardziej się irytuje i sytuacja się nakręca. a to coś wyleje, bo postanawia zrobić sobie jezioro na stole, a to na „odsuń grzywkę z oczu” wręcz przeciwnie jeszcze więcej włosów na oczy ściąga, posyłając mi szelmowski uśmiech. mówi cały czas, choć nadal w większości po swojemu, czuję, że jak zacznie mówić wyraźnie, to pójdzie nam w pięty. aż się boję o stan nerwów babć i dziadków. ładnie zaczęła odmieniać np. papa z tatĄ, mamĄ. na siebie woli mówić po prostu ty. jak jest z wizytą u Jagódki, to momentami zachowuje się jak dzidziuś i lamentuje w rytm kołysanki. ostatnio w końcu spotkała się ze swoją kumpelką Alicją (Acią, o której nie ma dnia, by nie wspomniała).  w aucie nie mogła przeżyć, że Acia jedzie koło niej i co chwilę mnie wołała: maaamooo! maaamoo! co Tosiu? Acia! ;-) chodziły za rączki, zorganizowały konkurs na głośniejszy okrzyk, jedna drugą zlała po głowie, żegnały się pół godziny a my – matki tych dwulatek po godzinie z nimi czułyśmy się jak po trzech.

to tyle ludzie. nie ma co przeciągać. zawsze mam zamiar iść wcześniej spać, potem śpię po 4 h i jestem wściekła. i pomyśleć, że jak mój psor mówił, że mu 4 h snu wystarczają, to pukałam się w głowę.

aa jeszcze mi się przypomniało coś miłego. ostatnio zostałam nazwana matką chrzestną nowej firmy koleżanki. miło było przeczytać, że moje działania zmotywowały ją i umocniły w decyzji o podjęciu działań w kierunku otwarcia własnej firmy. życzę każdej kobiecie, by jej się udało, gdy się już na taki krok decyduje. z moją firmą jeszcze różnie może być, ten miesiąc mnie trochę przygnębił, ale z drugiej strony firmę mam od maja i to pierwszy taki kryzys. oby ostatni!

trzymajcie się. oby listopad wyszedł z szarości w kierunku iskrzących się złocistych drobinek świątecznych… <3

Burgundowy

wrzesień był miesiącem sprzeczności. aura przepiękna i gorąca. mój nastrój wahadłowy. oprócz radości, spełnienia, sympatii i zaskoczenia były momenty zwątpienia, lęków, dużych nerwów i stanów depresyjnych.

pomimo obaw, klientek mi nie brakowało w zeszłym miesiącu. klientki mam naprawdę cudowne. taka wizyta sprawia mi dużo radości i zawsze jestem ciekawa kogo poznam i jak nam się będzie rozmawiało. na szczęście nie mam problemów z pracą z ludźmi i wcześniejsze doświadczenie uodporniło mnie na niektóre zachowania ;-) np. na to, że przez miesiąc dostaję wiadomości od kogoś, 1000 pytań, które każdy ma prawo zadać a ja cierpliwie bezproblemowo odpowiadam, ustalamy termin a potem dzień przed (dzięki, że jest to dzień przed, bo u koleżanek po fachu bywa i później) ktoś się wycofuje, bo coś tam coś tam ;-) to jest w każdej dziedzinie, w kosmetyce na pewno częściej, bo ktoś się napali a potem jednak zaczyna myśleć i rezygnuje ;-) nic to. dlatego dziękuję bardzo wszystkim tym, które mi ufają nawet przy takich ważnych okazjach jak WŁASNY ŚLUB <3 dzięki tej pracy odzywa się do mnie wiele moich koleżanek z uczelni, które w pełni mnie wspierają, pomimo całkowitej zmiany zawodu przeze mnie! i UFAJĄ! naprawdę to bardzo dużo dla mnie znaczy :*

z trasą na Sosnowiec jestem już całkowicie pogodzona, w przyszłym tygodniu czeka mnie kolejne duże wyzwanie z dojazdem, ale czego się nie robi dla dobrych ludzi :-)

wracając do pogody, która była absolutnie perfekcyjna poza jednym elementem – zmutowane komary nadal szukają ofiar, pomimo, że jest już październik. moje biedne dziecko wiecznie pogryzione, obawiam się, że może mieć na nie uczulenie tak jak ja.

jestem ogólnie w szoku, że Tosia tak się zmieniła, odkąd zmieniła kod z jedynki na dwójkę. spać chce z nami, drzemka w ciągu dnia zdarza się naprawdę sporadycznie, zaczyna płakać, gdy wychodzę bez niej lub ją zostawiam (nie zawsze, ale zdarza się). histerie odprawia mi szczególnie, gdy idę z nią do domu, przez co wstyd mnie pali jak idę z nią pod pachą przez te 3 piętra a ona się drze… fakt mam słabe nerwy i szybko się denerwuję. źle mi z tym. pomysły ma coraz ciekawsze, więc tym bardziej moja uwaga powinna być skupiona, bo potem płacę stratą np. ukochanej szminki (niezwykle trwałej i wydajnej. pokryła ciało mojego dziecka na pewno w połowie, nieźle poradziła sobie również z pościelą i wersalką, którą szorowałam płynem do dywanów). o próbie zamknięcia mnie na balkonie już wspominałam na fb ;-) rozgadane jest to nasze dziewcze mocno i z trwogą oczekuję czasu, gdy zacznie mówić całkiem wyraźnie. rozśpiewana jest też. podbija serca sąsiadków, którzy na widok jej rozbrajającego uśmiechu i głośnego czeeeść rozpływają się w zachwytach: jaka ona słooodka i grzeeeeczna ;-) mnie też przez większą część życia uważano za niewiniątko, więc liczę, że i później Tosia przynajmniej na starcie będzie robić dobre wrażenie ;-) uwielbiam nasze przytulaski, tuli się, całuskuje, to jest cudowne! <3 z innych kwestii, to już miesiąc jesteśmy na krowim mleku :-)

w tym miesiącu odwiedziła mnie moja stara znajoma. nie widziałyśmy się z 8 lat. poznałyśmy się w niemczech, na naszym studenckim obozie przetrwania. 2 sezony przepracowane razem mocno nas połączyły. potem widziałyśmy się na śląsku, jeszcze studiowałam, później dopiero w Dublinie. no i teraz znów mnie odwiedziła. na co dzień nie rozmawiamy, nie piszemy. ale to osoba, z którą pomimo upływu lat nie czuje się różnicy. choć duże zmiany w jej życiu zaszły i aktualnie zachodzą, dlatego i rozmowa z nią była inna. powiedzmy, że bardziej… duchowa. jej pobyt wywrócił moje samopoczucie do góry nogami i musiałam trochę po nim dochodzić do siebie. cieżko ocenić, czy było to dla mnie pozytywne doświadczenie czy nie. pewnie dojdę do tego z czasem.

później wyjechałam z drużyną tupperware do karpacza. zjazd tym razem był w hotelu gołębiewski, który położony jest w przepięknym miejscu, z wyciszającym widokiem na śnieżkę <3 sam hotel – moloch. z całego kraju przyjechało 600 osób na zjazd, a ja nie napotykałam ludzi na korytarzu, prowadzącym do pokoju. na plus położenie, różnorodność jedzenia (do teraz mam fazę na smak ich jajecznicy ;-)) bufet obejmował niemal wszelkie upodobania gastronomiczne, łącznie z sushi, małżami, langustynkami, krewetkami itp. w parku wodnym oczywiście poszalałyśmy, Tosia miałaby tam raj :-) na konferencji zaszczycił nas Pascal Brodnicki, który wspominał swoją babcię, która też byłą gospodynią party tupperware oraz zaprezentował przełomowy produkt. rozwiązał również konkurs na masterchefa tupperware, żałuję, że nie wzięłam w nim udziału. bal oznaczał dla naszej grupy kolor pomarańczowy, dlatego wszystkie miałyśmy dodatki w tym kolorze. sztab postarał się o fajny, zabawny pokaz magii. były też i łzy w oczach, gdy wybrano najlepszą konsultantkę w tupperware z ostatniego roku. jej historia, to niemal scenariusz filmu na poziomie „joy” z Jennifer Lawrence. z radosnych elementów, to miałam fazę na tańce typu „hopa hopa” ;-) w sobotę powrót krętymi drogami (to akurat minus), przez które łatwo było o chorobę loko ;-)

wrzesień, to był miesiąc sprzeczności, ciekawych rozmów i nawet zaskoczenia na sam koniec :-) życie jest nieprzewidywalne.

trzymajcie się wierni czytelnicy <3

Różowy

sierpień to mój ulubiony miesiąc. to wiecie. no i tak mną zakręcił, że każdy dzień poszedł w swoją stronę, rozhasał się na dobre, umknął jak dmuchawce i tak mi w głowie zakręcił, że… zapomniałam wpisywać codzienne radostki.

każde tłumaczenie jest dobre, co nie? nie wpisywałam w mój kajecik, ale wierzcie mi, że dalej kontynuuję mój własny osobisty kurs cieszenia się drobnostkami. dlatego sierpień był dobry. patrzę na niego przez różowe okulary. miesiąc różowy. takie w nim zawsze pokładam nadzieje, że 7 lat temu, gdy szukaliśmy sali na ślub uparłam się na ślub w sierpniu. na pewno będzie pogoda, mówiłam. zawsze jest pogoda na urodziny moich rodziców, mówiłam. i termin ustaliliśmy w urodziny mojego Taty. jak się domyślacie/pamiętacie 6 lat temu w dniu mojego ślubu lało jak z cebra od rana. przestało lać, gdy wyszliśmy z kościoła. klamka zapadła, przysięga złożona, tam na górze nie mieli już powodu do buntu, więc zakręcili kurek z deszczem ;-)

kilka radostek zapisałam: powrót jednego auta z małej naprawy, zabawy dzieci w ogrodzie rodziców, dużo spotkań na kopcu (spotkanie mam, hh żniwa, piknik militarny, noc spadających gwiazd – oczywiście były chmury, ale i tak było fajnie), w końcu film obejrzany razem, poznanie pozytywnej artystki z piękną pracownią w Bytomiu, z którą mamy nadzieję wejść wkrótce w kooperację (szczegóły wkrótce :-) ).

nasza córeczka ma już dwa latka! dwa dni imprezy w naszym małym mieszkanku, to było wyzwanie, ale daliśmy radę! było tłoczno, gwarnie, ale wesoło. odstawiłam jej smosia, z pieluchami jeszcze walczymy, ale ogólnie korzysta z nocnika, jeśli lata z gołą pupą. żałuję, że tak szybko lato się kończy, bo to najlepszy czas na odstawianie pieluchy, ale co zrobić. jeszcze trochę musimy powalczyć :-) mleko kocha, dwie butle na dobę muszą być. dużo mówi w swoim języku, trochę w naszym, ale chyba wszystko rozumie. histerie też odprawia, a jakże. zęby chyba już wszystkie, bo ciężko dojrzeć jej dwie ostatnie górne piątki. teraz się modlić i pilnować, by ich nie wybiła przed 6-7 rokiem życia ;-) zainteresowania wiadomo szerokie ;-) skupienie uwagi różne ;-) dwulatka absolutna! :-)

zawodowo poszerzam horyzonty na pewno pod względem poznawania dróg, nawet Sosnowiec wyłonił się dla mnie z gęstej mgły ;-) prywatnie też odwiedziliśmy fajne miejsca w okolicy, w końcu zajrzeliśmy głębiej do Będzina oraz do parku koło Zbrosławic. oczywiście miesiąc bez Katowic, to miesiąc stracony, więc mamusiowo-córeczkowy wypad też był. wakacje można spędzić fajnie w mieście jeśli się chce. oczywiście każdy inaczej się relaksuje, ale ja wolne dni lubię spędzać na małych wycieczkach. kolejne miesiące zapowiadają się dla nas ciężko, więc teraz trzeba mocno czerpać z letniej energii.

udanego września kochani, pamiętajcie #latonadaltrwa ! <3